Ogród - czy warto go zakładać?

Powoli (nawet bardzo) zaczynamy się urządzać.


Chociaż, jak widać, jedno z nas szybko się zadomowiło. :)
Ja cieszę się z małych rzeczy, np. przykręconego gniazdka, kupionego jakiś czas temu czajnika, kubeczków z folkowym wzorem, naparem z młodych liści pokrzywy czy z kwiatka zerwanego w ogrodzie.



Mam jednak poczucie, że powinniśmy przeznaczyć więcej czasu na zagospodarowanie domu, np. powiesić półki i plakaty, bo te białe ściany straszą pustką. Ale jest maj, a w maju wiele godzin trzeba poświęcić na ogród, tak więc całe trzy dni majówki spędziliśmy właśnie w nim.

Majowe prace ogrodowe

Dużo udało się nam zrobić. Przede wszystkim wsadziłam wykopane jesienią cebule i bulwy - dalii, mieczyków, frezji i szczawików. Częściowo właśnie nimi postanowiłam obsadzić "pustynię" (piaszczysty plac po budowie oczyszczalni ścieków), o której pisałam w poprzednim poście (TUTAJ).


Prawie całą resztę pustyni obsiałam facelią, jeszcze nie wiem z jakim przeznaczeniem - czy pozwolę jej zakwitnąć i zamienić się w łąkę, czy posłuży mi jako zielony nawóz.
Posiałam też warzywa - marchew, pietruszkę, dynię, cukinię i kalarepę. Zrobiłam to już wcześniej, ale przez suszę nic nie wzeszło, może tym razem się uda.
Uporządkowałam poletko truskawek. Do nich jeszcze wrócę, więc zdjęcie ukaże się wkrótce.
Sebastian przygotował grządkę pod pomidory, więc mogliśmy już część wsadzić do gruntu. Tylko część, bo boję się trochę Zimnej Zośki i jej mroźnych nocy.



Jak widzicie przestrzeń wokół grządki nie została uporządkowana, bo nie starczyło na to czasu. Podobnie jak na pielenie, dokończenie ścieżki i na wiele innych rzeczy. Sporą część dnia zajęło mi podlewanie, na szczęście spadł deszcz i nazbierałam odrobinę deszczówki, którą rozdzieliłam sprawiedliwie po obsadzonej części ogrodu. Tak się nalatałam z tą konewką, że gdy usiadłam naszły mnie wątpliwości - czy warto?
Czy zamiast biegać cały dzień z widłami, łopatą, taczką i konewką, nie lepiej poleżeć w hamaku, wybrać się na spacer lub na przejażdżkę rowerową?

Czy warto zakładać ogród?

Tak, po dwóch latach, właśnie w ten weekend, po raz pierwszy naszły mnie bardzo poważne wątpliwości w tej kwestii. Od początku z czymś walczę - suszą, mrozem, mszycami, mrówkami, opuchlakami, sarną i koziołkiem stołującymi się w moim ogrodzie, a nawet grzybiarzami depczącymi, dopiero co posadzone, młode krzewy. I po co?
To pytanie zadałam siedzącemu obok mnie Sebastianowi, jego odpowiedź  przekażę za chwilę, najpierw wyjaśnijmy sobie jedną rzecz - nie ma ogrodu bezobsługowego! Oczywiście są sposoby na ułatwienie sobie życia i zmniejszenie ilości pracy, ale tę zawsze trzeba włożyć, zwłaszcza na początku. 
Wiecie co usłyszałam od męża? "Bo to kochasz!", tak mało, a tak wiele. To prawda, ogród, jak to ujął "budzi we mnie radość dziecka". Każdy kwiat, każdy listek, owoc cieszy mnie jak malca lizak czy cukierek. :)
Powiedzmy szczerze, ja walczę z przeciwnościami losu, ale razem ze mną walczą też rośliny. Tak wyglądały truskawki w zeszłym roku, gdy nawiedziła nas plaga opuchlaków.


 A tak wyglądają w tym roku, te same roślinki, tylko jest ich dwa razy więcej, bo puściły odnóżki. :)



Tak wyglądały tulipany, gdy zjadły je sarenki.

A tak wyglądają teraz.


Liście im nie odrosły, ale zakwitły. Podobnie było z rozchodnikiem okazałym, w zeszłym roku wiosną zjadły go zwierzęta, obcięły jak kosiarka, do samiutkiej ziemi, a jesienią wyglądał tak.


Przykładów jest więcej, ale najbardziej ucieszyły mnie w ten weekend cztery rośliny, o których myślałam, że albo uschły, albo zmarzły - bodziszek, rozplenica, dereń i budleja - wszystkie mają młode, zielone listki! Hura!


Oczywiście są takie rzeczy w ogrodzie, które udają się i cieszą oko bez walki, tak po prostu są piękne, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. I jest.










Rośliny nie tylko są piękne. Wiele z nich jest też bardzo smaczna i aromatyczna. I tu pojawia się kolejna sprawa do omówienia.

Po co uprawiać warzywa, owoce i zioła?

Przecież są na wyciągnięcie ręki  w markecie albo na targu. Ale...
Kilka dni temu natrafiłam na fb na post pewnego rolnika chwalącego się młodą kapustą - całym polem. Rzeczywiście wyglądała pięknie ani jednej dziurki na listkach, nie tak jak moja zeszłoroczna.


W komentarzach ktoś zapytał czy i jakie stosuje opryski. Z odpowiedzi wynikało, że owszem, i to co kilka dni, na różne, jak to nazwał, "robale". Tak sobie pomyślałam, że skoro kapusta od wysiania do zbiorów rośnie (nie jestem pewna) ze dwa miesiące, a on opryskuje co kilka dni chemią, to  ile w tej roślinie jest szkodliwych związków! Aż się wzdrygnęłam, bo nie tak dawno jadłam właśnie taką, bardzo smaczną i pięknie wyglądającą, młodą kapustę. Przypomniała mi się też rozmowa z rolnikiem sprzedającym na lokalnym, wiejskim ryneczku. Zapytałam wówczas o jabłka, czy są pryskane, a on odpowiedział, że gdyby nie pryskał to nic by z tego nie było. Nie wiem czy by było, czy nie, wiem tylko, że nasi rolnicy zdecydowanie nadużywają (pewnie nie wszyscy) chemii. I tak naprawdę nigdy nie wiem czy to co jem wyjdzie mi na zdrowie, czy wręcz przeciwnie. Za to wiem co rośnie w moim ogrodzie. I wiecie co? Wolę moją (pożartą przez wszystko co tylko zdołało do niej dotrzeć) kapustę, która choć urodą nie grzeszyła była bardzo smaczna. Oczywiście nie jestem wstanie wyhodować tyle warzyw, by zaspokoić potrzeby naszej rodziny, ale przynajmniej część diety będą stanowiły zdrowe owoce, warzywa i zioła. A w tym roku zapowiadają się wspaniałe zbiory, oby tylko padało, nie było za dużo "robali", sarenki zmieniły stołówkę, a ja bym miała siły i chęci na dalszą pracę. :)

Mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was do zakładania ogrodu, a wręcz przeciwnie. Niedługo przygotuję post o tym jak ułatwić sobie życie i założyć ogród wymagający mniej pracy. Zobaczycie, że to naprawdę możliwe. 

Pozdrawiam,
Edyta

Komentarze

  1. Edytko pieknie u Was. Warto mieć jakiś nawet maleńki ogródek aby te choćby pierwsze nowalijki mieć swoje, mało chemiczne. Mieszkam na wsi i też mam kawałek działki gdzie musimy stosować chemie bo inaczej sie nie da ale nie w ilości hurtowej. Niestety przyszly czasy że zimy i dużych mrozów nie ma i wszelkie robactwo sie rozmnaża i jakoś rolnik musi sobie z tym radzić. W ubiegłym roku jak wpadla stonka na ziemniaki to w dwa dni straciliśmy wszystko. Lekki oprysk nic nie dał ale chcieliśmy ekologicznie to zrobić i tak byliśmy tylko w plecy na calym polu a ziemniaki wielkości piłeczki ping-pongowej byly najwieksze a ilość ze szkoda gadać. Uważam że najważniejsza sprawa piwinno być przestrzeganie zasady ile po opryaku nie nalezy sprzedawac bo jest karencja. A sa ludzie że gnojówka podlewaja ogorki a nastepnego dnia sprzedaja i włóż takie do słoika.
    Pozdrawiam☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, dziękuję. :) Ja nie jestem rolnikiem i właściwie nie powinnam się wymądrzać na temat uprawy ziemi, ale ostatnio dużo na wsi przebywam, oglądam też wiele programów (zwłaszcza zagranicznych) na temat ogrodnictwa czy uprawy rolnej i wiem, że ekologiczne sposoby się udają. Pamiętajmy, że do XX wieku nie było chemicznych środków ochrony roślin, a jednak ludzie ziemię uprawiali. W obecnej sytuacji, gdy tylu z nas umiera na raka, przyroda cierpi, giną pożyteczne owady, małe zwierzęta i ptaki, które są zazwyczaj drapieżnikami i często żywią się właśnie szkodnikami, może jednak warto włożyć trochę trudu i doprowadzić własną ziemię do równowagi - wówczas stosunek szkodników i drapieżników się wyrówna, więc strat w uprawie będzie mniej. Nie myśl, że nie wiem o czym piszę. W zeszłym roku miałam plagę opuchlaków, było ich tysiące, zjadły pół ogrodu, już prawie skusiłam się na oprysk, ale nie zrobiłam tego, bo oprócz opuchlaków żyje u mnie mnóstwo innych owadów, które również zginęłyby. Straciłam pieniądze (tylko część roślin przeżyła), wiem to nie jest moje źródło utrzymania, ale to też strata. Trudno jednoznacznie powiedzieć jaki wpływ ma chemia na środowisko, ale dużo mówią pszczoły, miód produkowany przez te żyjące w miastach jest mniej zanieczyszczony, a przecież to tu są spaliny, smog itp. Nie wiem czy trwałabym przy tym stanowisku żyjąc z roli, ale w tej chwili widzę więcej minusów używania chemii niż plusów.

      Usuń
  2. Ogród warto mieć i warto mieć swoje warzywka, przynajmniej wiesz co jesz, ale nie zawsze starcza sil na prace w ogrodzie. Ja niby mam duzy ogród, ale nie mam warzywniaka, bo zawsze są ważniejsze sprawy..remonty w domu itp. i nie ma czasu na założenie
    warzywniaka...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam kilka grządek warzywnych, ale postanowiłam w tym roku posadzić warzywa na rabatach kwiatowych , wiele z nich jest naprawdę pięknych, niektóre wieloletnie, a dbając o rabatę zadbam też o warzywa, bez dodatkowej pracy. Myślałam o ziołach, karczochu, papryczkach chili, poziomkach, jarmużu. Wybór jest ogromny. Dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam.

      Usuń
  3. Ja nie mam ogrodu, ale za to mam mnóstwo roślin na balkonie. Przede wszystkim są to oczywiście zioła ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też zaczynałam ogrodniczą przygodę na balkonie. Najpierw były na nim kwiaty, potem zioła, aż w końcu pojawiły się owoce (poziomki i truskawki) i warzywa (rzodkiewki, pomidorki koktajlowe, papryczka chili itp). :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję, że jesteście ze mną i zechcieliście coś napisać.

Popularne posty