23:10

DIY - etykietki na zaprawy

DIY - etykietki na zaprawy
Ostatnio rysowanie-malowanie (tworzyłam je techniką mieszaną - kredkami wodnymi i farbami akwarelowymi) owoców mnie pochłonęło, kto obserwuje mój profil na Instagramie, ten widział już pierwsze rysunki. Tym razem miałam konkretny cel by je stworzyć, chciałam zrobić oryginalne etykiety na zaprawy.


Powstały trzy rysunki.
Czarne porzeczki.

Maliny.
I truskawki.

Jak zrobiłam moje etykietki na zaprawy?

  1. Malowanie to była najtrudniejsza część zadania, ale najbardziej przyjemna. 
  2. Następnie obrazki zeskanowałam. 
  3. W Photoshopie narysowałam wzór etykietki i wstawiłam rysunki.
  4. Utworzyłam dokument  z etykietami na całą stronę A4. 
  5. Wydrukowałam na kartce z bloku technicznego. 
  6. Wycięłam etykietki, dziurkaczem zrobiłam otwory i już.




Na małym słoiczku etykietkę przykleiłam do serwetki na wieczku. Lubimy z mężem te małe słoiczki - taką ilość powideł możemy zjeść za jednym razem i nie ma obawy, że otwarty słoik (jego zawartość) zepsuje się lodówce.


Etykietki na zaprawy są gotowe.

Jak Wam się podobają?
Mam w planach kolejne rysunki. Z pewnością będą śliwki (powidła śliwkowe muszą być :)). Może powstaną jagody. Kupiłam trochę i, z braku czasu,  zamroziłam, ale chyba zrobię z nich zaprawy. Nie wiem co jeszcze będę zaprawiać... A wy jakie macie plany na zaprawy? Podpowiecie jakieś nietypowe przepisy?



A po sesji rysunki trafiły na kuchenny parapet. Wspominałam już, że wiele się na nim mieści?




Pozdrawiam, 
Edyta

11:15

DIY - renowacja krzesła ogrodowego

DIY - renowacja krzesła ogrodowego
Jak kupiliśmy działkę, od razu znaleźli się dobrzy ludzie, którzy obdarowują nas cudownymi rzeczami. Dostaliśmy przyczepkę samochodową, składane krzesło, ławkę ogrodową (jak ja o niej marzyłam), starą szufladę, rower...
Oczywiście większość z tych rzeczy wymaga odrestaurowania lub przynajmniej odświeżenia.  Jak się domyślacie, to akurat mnie nie przeraża, wręcz przeciwnie, już się na to cieszę. :)
Zaczęłam od najprostszej rzeczy - drewnianego, składanego krzesła ogrodowego. Po odnowieniu wygląda tak:


Jak je dostałam wyglądało tak:


Krzesło było brudne, gdzieniegdzie umazane farbą i smarem, w jedno miejsce wdała się pleśń.
Umyłam je więc. Wysuszyłam i przeszlifowałam - najpierw szlifierką, potem papierem ściernym. Na koniec odtłuściłam acetonem.


 Mimo, że krzesło wyglądało na dobrze wyczyszczone, postanowiłam je wpierw pomalować podkładem do drewna.


W końcu przyszedł czas na farbę właściwą, wybrałam Viva Garden, głównie ze względu na piękny kolor - Niezapominajka.


I tu  zaczęły się komplikacje. Krzesło miało być jednolicie pomalowane, a jego powierzchnia miała być gładka. Niestety farba okazała się dość rzadka, więc słabo kryła, a od pędzla pozostawały delikatne smugi. Trochę mnie przeraziła perspektywa malowania 4, 5 warstwami. Przyjrzałam się malowanej powierzchni i, ku mojemu zdziwieniu, ta bardzo mi się spodobała. Okazało się, że smugi i prześwitujący biały podkład tworzą ładny efekt, nadają krzesłu morskiego wyglądu - jak z kawiarni na plaży po sezonie, gdy meble są już lekko zużyte, rozjaśnione słońcem i przetarte piaskiem. Przypomniały mi się wakacje we Francji i tak się nostalgicznie zrobiło, że postanowiłam zostawić krzesło, takim, jakim jest. No, niezupełnie, wzmocniłam efekt lekkim przetarciem.


Ponieważ pomalowane w ten sposób krzesło, nie jest należycie zabezpieczone przed warunkami atmosferycznymi musiałam je polakierować. Nałożyłam dwie warstwy lakieru przeznaczonego do wewnątrz i na zewnątrz.


Tak więc zmieniłam projekt w trakcie realizacji (to nic strasznego). A to co pierwotnie wydawało mi się wadą farby, okazało się jej zaletą. Powstała naprawdę ładna, bardzo delikatna przecierka. Myślę, że więcej mebli pomaluję w ten sposób.




Niestety nie mam działki nad morzem, więc zostawiam Was z krzesełkiem w mojej wiejskiej okolicy.


Pozdrawiam, 
Edyta

08:04

DIY - szybka i tania dekoracja ścienna

DIY - szybka i tania dekoracja ścienna

Kochani, bardzo dziękuję za komentarze pod poprzednim postem, nie myślałam, że pierogi zbudzą aż takie zainteresowanie :) Oczywiście podam Wam przepis, jak tylko znajdę czas na zrobienie tego dania.
A dziś zupełnie z innej beczki. Marzyły mi się białe mandale na czarnym tle. Zupełnie jednak nie miałam ochoty ich malować. To strasznie pracochłonne, a efekt niepewny. Poza tym, znacie mnie, ja wszystko muszę mieć od razu, długie malowanie to nie dla mnie. Wykorzystałam więc starą, ludową metodę tworzenia dekoracji - wycinanki!
To bardzo łatwe, każde dziecko to potrafi. Czy nie wycinaliście śnieżynek na Boże Narodzenie?
Moje mandale wyszły tak:


Praca, wraz z oprawieniem, zajęła mi około półgodziny. A koszty? Dwie kartki z bloku technicznego w kolorze czarnym około 2 zł, dwie kartki papieru do drukarki może 20 gr, no i ramki, moje kosztowały 15 zł sztuka. Jak widzicie wyszło niedrogo dekoracje kosztowały około 34,40 zł, ale tylko dlatego, że ramki są drogie, same mandale to koszt 4,40 zł.
Teraz wiszą w salonie, nad sofą.




Strasznie mi się podobają. Och, jak ja lubię takie szybkie DIY :)

Pozdrawiam,
Edyta


12:32

DIY - pierogi z czereśniami

DIY - pierogi z czereśniami
Znów owocowy post, ale to w końcu czerwiec, więc czereśnie są jak najbardziej na miejscu. Ja za nimi przepadam od dziecka. Moja babcia miała w ogrodzie drzewo czereśniowe - do dziś pamiętam jej genialny kompot z czereśni (oczywiście najlepiej smakował zimą).



Nigdy jednak, ani u babci, ani w domu rodzinnym, nie jadłam pierogów z czereśniami. A ja je zrobiłam. Tylko dlatego, że wracając ze wsi kupiliśmy przy szosie sporą ich ilość. Nie mieliśmy na nie pomysłu, a ponieważ kupiłam też truskawki, postanowiłam zrobić pierogi.
Przepis na ciasto pochodzi od prababci. Nie widziałam, żeby ktoś robił je podobnie - otóż ona robiła je tak, jak kopytka, z ziemniaków, jajka i mąki.


Tak zrobione ciasto jest miękkie, pulchne, ale nieco grubsze od tradycyjnego - jednak mnie smakuje najlepiej. Niestety ze względu na nietolerancję glutenu, moje ciasto różni się od babcinego - ja używam mąki bezglutenowej.

Mimo to pierogi są rewelacyjne, zwłaszcza te z czereśniami. Natchnęły mnie do rysowania.


Miłego wieczoru!
Edyta

11:56

Mała komódka w stylu boho

Mała komódka w stylu boho
W ten weekend nie udało mi się wyjechać na wieś, a tęsknotę za nią zagłuszyłam tworzeniem dodatków, które wypełnią mój malutki wiejski domek. Tacę z mandalą widzieliście TU, a do kompletu powstała komódka.

Wszystkie niebieskie i granatowe dodatki wyjadą. Nie wiem tylko jak je tam pomieszczę, bo dopóki nie powstanie właściwy dom, wszystko, łącznie z nami, musi schować się w garażu - letnim domku :)

Plan jest taki by dom, ten docelowy, powstał w przyszłym roku. To będzie drewniana konstrukcja, więc sama budowa zajmie około 3 miesiące. Ale te formalności... Teraz jesteśmy na etapie zbierania dokumentów potrzebnych do pozwolenia na budowę. Całe szczęście, że znaleźliśmy w okolicy naszej wsi wspaniałych ludzi, którzy pomagają nam to wszystko ogarnąć. Tak więc mamy już wykonawcę, geodetę, projektantkę i zarazem kierownika budowy. W miarę sprawie udało nam się też wybrać ciekawy projekt domu. Niestety sprawy przeciągają się w urzędach, tam też wszyscy są bardzo mili (aż byliśmy zaskoczeni), ale i tak wszystko musi poleżeć....
Nie pozostało mi nic innego jak czekać i tworzyć dodatki do przyszłego domu. :)


Pozdrawiam,
 Edyta

11:37

historia pewnego jabłuszka

historia pewnego jabłuszka


Od dwóch lat na balkonie rośnie sobie mała jabłoń 'Balerina'. Do tego roku prawie nie kwitła, więc na owoce liczyć nie mogłam. W tym rogu jabłonka ukwieciła się niesamowicie, aż trudno mi było w to uwierzyć.


Z kwiatów zawiązało się mnóstwo owoców. Niestety bardzo szybko spały. Ja, niedoświadczony ogrodnik, z przerażeniem pobiegłam do koleżanki, która orzekła: - Pewnie jest chora, skoro wszystkie jabłka spadły.
Załamałam się, dwa lata pielęgnacji, chuchania, dmuchania, i już, już pełna nadziei po tak bujnym kwitnieniu, robiłam plany co też zrobię z moich ekologicznie uprawianych jabłuszek, a tu masz ci baba placek (albo raczej go nie ma) - jakieś choróbsko. Jedna rzecz mnie zastanawiała, moja jabłonka wcale nie wyglądała na chorą. Po kwiatach przyszła pora na piękne, zielone liście.

Postanowiłam więc z internetu dowiedzieć się co jest grane. Znalazłam - jabłonie zrzucają zalążki owoców, jeśli jest ich za dużo. Zostawiają tylko tyle, ile są wstanie "wykarmić". Okazało się, że zjawisko jest jak najbardziej naturalne, a jabłoni nic nie dolega. Ale dlaczego zrzuciła wszystkie jabłuszka? Poszłam na balkon, jeszcze raz ją obejrzeć i po wnikliwym szukaniu znalazłam! Jedno, jedyne, najukochańsze jabłuszko :)


Nawet w "Seksmisji" były dwa jabłka, a ja mam jedno, "święte" jabłko ;)
Teraz trzymajcie kciuki, aby pięknie dojrzało. Tymczasem na zachętę narysowałam mu dojrzałe jabłuszka, aby wiedziało, w którym kierunku zmierzać.



Pewnie część z Was się zastanawia - o co tyle szumu, jedno jabłko? Otóż to bardzo ważne dla mnie jabłko, bo po pierwsze, na balkonie nie tak ławo wyhodować taki owoc, po drugie nazwa bloga zobowiązuje, muszą tu być jabłonie(e), no i jabłko, oczywiście ;)

Pozdrawiam, 
Edyta

12:31

Malowana mandala i wieś

Malowana mandala i wieś
Mandale powróciły ze zdwojoną siłą. Przez kilka miesięcy nie miałam ochoty w ten sposób niczego dekorować, a teraz co post, to mandala, no prawie :)
Ale co mam zrobić, gdy tak bardzo mi się one podobają. Tym razem zaczęło się od kupna ręcznika...


I, jak większość rzeczy w niebiesko-granatowych kolorach, ręcznik wyjechał na wieś. Pięknie prezentował się na łące, ale brakowało mi tacy, która dałaby stabilną podstawę pod kubek z kawą. Kupiłam więc szablon. Poszukałam inspiracji.


I oto jest:

Taca była wcześniej szczotkowana. Więc jej powierzchnia nie była równiuteńka, i gdy malowałam przy użyciu szablonu, farba się lekko rozlała. Uznałam, że ciekawie to wygląda, więc dla pogłębienia efektu, pokryłam całość białym woskiem.




A to co posłużyło mi za tło do stylizacji to widok z okna w mojej chatce na wsi.


Uwielbiam leżeć w hamaku i go podziwiać. Mogłabym tak godzinami. Zwłaszcza, że w tym moim, bardzo dzikim jeszcze, ogródku zakwitły kwiaty. Oczywiście ich nie sadziłam, same urosły :)

 To niejedyne kwiaty w okolicy. Po bujnie kwitnącym bzie, akacjach, czeremsze nadszedł czas na kosaćce. Niesamowity widok.


Wciąż nie możemy przestać zachwycać się naszym nowym miejscem życia (na razie weekendowym;) Pół dnia spędziliśmy nad jeziorem.

Już nie mogę doczekać się kolejnego weekendu, a Wy?

Pozdrawiam, 
Edyta
Copyright © 2016 Pracownia Jabloniee , Blogger