10:34

Cena marzeń

Cena marzeń
Pewnie zauważyliście, że ostatnio rzadko tu bywam? To przez brak czasu. Nowa praca mnie całkiem wykańcza, po powrocie do domu mam ochotę tylko na sen, a do domowych obowiązków się zmuszam. Nie pamiętam kiedy miałam pędzel, ołówek albo kredkę w ręku. O pracach domowo-dekoracyjno-remontowych nie ma mowy. Rękodzieło - nie ma mowy. Nowe projekty DIY - nie ma mowy. :( W weekendy jeden dzień spędzamy na wsi, ale nawet tam nie mam ochoty na pracę. Posadziłam parę krzaczków i kilkaset cebulek kwiatowych, aby ogród wiosną wyglądał pięknie, ale na tym koniec. To jest cena moich marzeń - skoro chcę wybudować dom muszę pracować, a znalezienie normalnej pracy, takiej, która pozwoliłaby  człowiekowi po ośmiu godzinach wyjść, nie jest takie proste. Ale nie oto chodzi by narzekać, prawda? W końcu mam cel i muszę go zrealizować. A tymczasem, gdy kreatywna część mojej osobowości krzyczy by coś stworzyć, zajmuję się mniej wyczerpującymi pracami, np. lepieniem. To moja nowa terapia. Wygrzebałam z szuflady już dawno zakupioną masę plastyczną i ulepiłam krowę. Śmiesznie wyszła, ale o taki efekt chodziło, krowa ma być odrobinę pokraczna, wzbudzająca uśmiech.



Powstał też koń, ale jego pokażę Wam innym razem, bo muszę go jeszcze wyszlifować i pomalować.
Przy okazji zakupów spożywczych w jednym z hipermarketów natknęłam się na taką oto śliczną trawkę.


Oczywiście ostatecznie trafi do słoja, tymczasem razem z krową zdobi parapet kuchenny.



Natomiast w kwestii kwiatów kwitnących, to w moim domu jest ostatnio niezły misz-masz. Na balkonie kwitną jesienne wrzośce i wrzosy.


Na parapetach w salonie i w przedpokoju zakwitły zimowe grudniki.


Zakupiłam też cebulkę wiosennego hiacynta, która już wypuszcza pąki kwiatowe.


A z łąki wciąż przynoszę letnie, polne kwiaty.



Tak więc w domu mam wszystkie pory roku jednocześnie ::)) Cieszę się nimi, bo nie wiadomo, kiedy prawdziwa zima nas dopadnie.
Na wsi też rośliny wariują. Pisałam już, że posadziłam cebule wiosennych kwiatów. Część z nich wypuściła liście, a jeden szafirek zakwitł. Teraz się boję, że przemarzną jak przyjdzie pierwszy mróz. Jak myślicie? Może powinnam je wykopać? Macie pewnie większe doświadczenie w tej kwestii niż ja, więc proszę o radę.


Pozdrawiam,
 Edyta



10:33

DIY - las w słoju - krok po kroku

DIY - las w słoju - krok po kroku
Bardzo lubię tworzyć lasy w słojach, bombonierkach, butlach, kulach itp. Nie wszystkie trafiają na bloga, ale tym razem jest ku temu szczególna okazja.


Otóż, ten post stworzony został na prośbę Małgosi z dekudeku.pl, która bardzo chciała zrobić samodzielnie las. Postanowiłam więc jeszcze raz (chyba już kiedyś taki post powstał) pokazać jak robię tę dokorację.
Tym razem słój pochodził z recyklingu i miał wymalowane logo, którego niczym nie mogłam zmyć.


1. Najpierw wokół napisu przykleiłam taśmę malarską, a następnie pomalowałam wnętrze farbą tablicową. Taka farba ma świetną przyczepność (sprawdziłam to malując lodówkę), więc nie potrzebowałam podkładu (primera). Później postępowałam jak z każdym innym szklanym naczyniem.


2. Na samo dno nasypałam żwirek. Może być taki do akwarium lub zwykłe kamyki dostępne w hipermarketach budowlanych.  Odsunęłam żwirek ze środka słoja, bo tam jest miejsce na....


3. ... keramzyt. Wsypuję go tylko na środek słoja, bo bardzo nie lubię gdy w gotowym lesie jest widoczny - w końcu nie grzeszy urodą i nie wygląda naturalnie, a lasy w słojach powinny być naturalne. Ponieważ zależało mi na tym, by warstwy ziemi były zróżnicowane, właśnie tak jak jest w naturze, na wierzch nasypałam jeszcze biały żwirek.


4. Następnie ziemię do kwiatów, później piasek i znów ziemię do kwiatów.


5. Dopiero w tak przygotowane podłoże wsadzam rośliny. Jak je dobieram? O tym za chwilę.


6. Na koniec układam mech. Ja do swoich słojów zbieram go na własnej działce i w lesie sąsiada (pozwolił mi na to), ale mech można też kupić w internecie.
Do mojego słoja znalazłam w szwedzkim sklepie idealną pokrywkę  - rośliny chyba lepiej rosną gdy słój jest zamknięty. Na koniec na pomalowanej farbą kredową etykiecie napisałam "Las w słoju", ale ostatecznie tam będzie dedykacja, bo las ma być prezentem. Czekam jednak aż się rozrośnie, bo taka dekoracja najładniej wygląda ja rośliny trochę podrosną.




A teraz kilka słów o tym jak wybieram rośliny do szklanych dekoracji. Musicie wiedzieć, że nie wszystkie się do tego nadają. Na przykład, tak popularne właśnie w słojach, paprocie bardzo nie lubią tego środowiska, szybko więdną. Również sukulenty nie najlepiej się w nim czują. Za to rewelacyjnie w szkle rośnie bluszcz, zielistka, fitonia i helixine soleirolii. Teraz testuję skrzydłokwiaty, po tygodniu wyglądają całkiem ładnie. Właśnie w ten sposób sprawdzam czy roślina nadaje się do tego środowiska. Wsadzam ją do słoja i obserwuję. Gdy widzę, że marnieje szybko wyciągam ze szkła i wsadzam z powrotem do donicy.





Mam nadzieję, że dzięki tym wskazówkom powstanie wiele pięknych lasów w słojach. Jeśli jakieś stworzycie dajcie znać  w komentarzu i pokażcie na blogu, chętnie zajrzę i poszukam inspiracji na nowe dekoracje.
Pozdrawiam,
 Edyta

12:13

Ostateczne pożegnanie z "Czterema Kątami"

Ostateczne pożegnanie z "Czterema Kątami"
Ukazał się ostatni numer "Czterech Kątów". Ostatni, w którym miałam zaszczyt i przyjemność wystąpić jako redaktorka.
Na zakończenie tego rozdziału mojego życia, ostatni artykuł z cyklu "DIY (dawniej "Zrób to sam").


Zamknięcie  miesięcznika wiele zmieniło w moim życiu, jeszcze nie wiem czy na dobre, czy na złe. Jedno jednak wiem - otaczają mnie wspaniali ludzie. Ludzie, którzy zadbali o to, abym nie została bez pracy. Już w dniu, kiedy dowiedzieliśmy się, że zamkną miesięcznik, moja szefowa skontaktowała mnie z innym wydawnictwem, w którym znalazłam tymczasowe zatrudnienie. Koleżanki, redaktorki z innych pism (konkurencyjnych) wyszukały mi kolejne zlecenia. Koleżanka z redakcji  poleciła mnie firmie, dla której sama pracowała. Moja była Redaktor Naczelna (wiele jej zawdzięczam) poleciła mnie kolejnej osobie, itd. Jestem wszystkim bardzo wdzięczna. :)
W konsekwencji dostałam kilka propozycji pracy, wybrałam jedną z nich. Mam nadzieję, że to był dobry wybór, i praca ta pozwoli mi zrealizować wszystkie moje plany i marzenia :)
A o czym marzę to wszyscy wiecie - o małym, białym domku.... w mojej ukochanej wsi. Im częściej tam jeżdżę, tym bardziej kocham to miejsce. Ten spokój, ciszę, życzliwość ludzi i brak pośpiechu. Wiecie, że tam jak spotkacie sąsiada to na pogawędce może Wam zejść godzinka lub dwie? To zupełnie, co innego niż szybkie w mieście:
- Cześć, jak leci?
- Dobrze, a co u Ciebie?
- Też nieźle.
- To super! Pa, lecę do roboty (po zakupy, po dziecko itp.).
Zarażam się tym wiejskim spokojem i brakiem pośpiechu. Wczoraj pół godziny obserwowałam jak latały ważki - nic nadzwyczajnego, a jednak zafascynowało mnie, to jak w słońcu mieniły im się skrzydełka.


Kolejne kilkanaście minut podziwiałam motyla, który znalazłszy jedynego, żółtego kwiatka na całej działce, wciąż na niego wracał. Po motylu już widać, że to jesień, dla nas kolejna pora roku, dla niego zapewne to jesień życia.


Ileż to czasu można spędzić na podziwianiu przyrody, szukaniu swojej ścieżki prowadzącej do celu.


Ja obrałam leśną drogę, która wreszcie zaprowadzi mnie do domu. A gdy ten wreszcie powstanie, zmienię swoje życie ostatecznie. Bo zmiany są dobre, i te, które spowodowane są przez osoby trzecie, i te, na które decydujemy się sami. Ja już wiem - pierwszą konsekwencją zmian, będzie to, że zacznę żyć zgodnie z naturą. A przede wszystkim nie chcę jej szkodzić. Bo życie w myśl ekologicznych zasad to nie tylko segregowanie śmieci. Najlepiej w ogóle ich nie produkować. Już kombinuję jak to zrobić, by nie generować odpadów. Jak urządzić dom i ogród, by mniej kupować w sklepach, a jak najwięcej czerpać z tego co mogę wyprodukować sama. Już pomału wprowadzam plan w życie. W tym roku z warzyw i owoców zbieram pestki, by w przyszłym posadzić je w ogrodzie. Mam nadzieję, że się uda.


Plony (te z działki i z balkonu) zaprawiam i suszę. Im więcej zrobię sama, tym mniej będę musiała kupować w marketach. Teraz suszą się zioła.


Na działce, choć jeszcze niewiele tam w ogóle jest, stanął kompostownik. Wiecie o ile mniej śmieci wyrzucam do zwykłego pojemnika? A to wszystko wyjdzie mi tylko na dobre, bo będę miała czym nawozić moje pestki :). Zaczęłam też kupować jajka od nowych sąsiadów. Dla nas to czysty zysk, bo kury z pewnością odżywiają się zdrowo. Widzę jak chodzą i skubią, więc nie muszę się zastanawiać czy jajka "z wolnego wybiegu"oby na pewno pochodzą od kur biegających po dworze. :)


I choć nadal mieszkam w mieście, co rano pędzę do pracy, spieszę się, witam w pośpiechu mijanych ludzi, by potem siedzieć w zamknięciu 8 godzin, a po nich znów się spieszyć, by zrobić zakupy, nakarmić dzieci, zamienić z nimi choć kilka zdań, przytulić, i je, i koty, i psa. By wreszcie móc iść spać, by znów rano wstać... Jednak wiem, że robię to po to, by dotrzeć do celu, który jest już blisko. :)

Pozdrawiam, 
Edyta

10:22

Jak zrobić dekoracje z dyni?

Jak zrobić dekoracje z dyni?
W tym roku szczęśliwie się złożyło i dostałam kilka dyń. Część przetworzyłam, ale dwie przeznaczyłam na dekoracje.


A wszystko zaczęło się od katalogu "Inspiracje Tesa", który dostałam w prezencie. Jest tam mnóstwo pomysłów na dekoracje w kolorze złotym.


Poszłam więc tym tropem, a że mam jeszcze złotą farbę, więc postanowiłam ją wykorzystać.


Jedną dynię pomalowałam właśnie na złoto, a drugą na biało. Z białej zrobiłam doniczkę na sukulenty.




W ładną pogodę będą zdobić balkon. A gdy zacznie padać wrócą do domu.



A jesień w ten weekend rzeczywiście była złota. Na wsi kolory były zachwycające, zwłaszcza tuż przed zachodem słońca.


Ptaki  pożegnały nas pięknym kluczem, który też mienił się na złoto.


Szkoda lata, ale jesień i zima też mają swoje uroki, więc nie ma co narzekać, a w zamian cieszmy się chwilą :)

Pozdrawiam, 
Edyta

23:51

Urban Jungle w moim domu

 Urban Jungle w moim domu
Od dziecka uwielbiałam palmiarnie. Pamiętam, że w dzieciństwie zwiedziłam ich całe mnóstwo i wciąż było mi mało, więc przy okazji pobytu w Katowicach nie mogłam odmówić sobie spaceru po palmiarni w Gliwicach. Oto co tam podziwiałam.

 



Okazało się, że wiele roślin, które rosną w palmiarni mam w domu, ale nie są (niestety) aż tak okazałe.
Palmiarnia:


I te w domu.

Palmiarnia.

I ten w domu.


Bananowiec jest u mnie od niedawna. To jest "kwiatek uratowany", tak mój mąż nazywa zwiędłe badyle, które znoszę do domu. Cóż, często w dyskontach stoją w kącie rośliny, których nikt nie chciał kupić. Wyschnięte, powiędłe, czekają już tylko na to by je wyrzucono. Kiedy znajdę takiego kwiatka i uznam, że ma jeszcze szansę, kupuję go. Tak było między innymi z bananowcem. Nie przewidziałam tylko, że tak szybko się odrodzi i przybierze takie rozmiary.  W palmiarni rozpoznałam wiele innych gatunków, które mam w domu - drzewko kawowe, araukarię wyniosłą, helixine (rośnie u mnie w słojach), oplątwy, paprocie, bluszcze...

Pomału brakuje na miejsca na kwiaty, zwłaszcza na podłodze i parapetach. Dlatego, te które mogę wieszam na ścianach lub suficie.

I tak oto, zupełnie przez przypadek, moje mieszkanie wpisuje się w modny trend - Urban Jungle :) 

Może kilka słów o samym stylu. Jak pewnie pamiętacie pojęcie "miejska dżungla" odnosiło się nie do zieleni, a raczej do betonowych i asfaltowych połaci ziemi, które powstały wraz z rozwojem miast. Miało zdecydowanie zabarwienie pejoratywne, czasem odbierane było też jako zjawisko walki o przetrwanie w miejskim zgiełku. Jednak pojecie "urban jungle" zmieniło swoje znaczenie dzięki parze - Igorovi Josifovic i Judith Graaff, i ich książce "Urban Jungle", w której promują życie wśród zieleni i dekorowanie wnętrz (nie tylko prywatnych) roślinami. 

Oczywiście nie oni pierwsi wpadli na ten pomysł. Jak wiemy nasi przodkowie już dawno otaczali się roślinami. Często przy pałacach powstawały ogrody zimowe, a i w samych wnętrzach stały donice z kwiatami. Oj, jak chciałabym taki ogród zimowy. Specjalnie wybrałam taki projekt domu na wieś, by w przyszłości dość łatwo dało się zrobić przydomowy ogród za szkłem (ale to już inna historia). Zawsze o nim marzyłam. I choć na realizację przyjdzie mi poczekać jeszcze kilka lat, to i tak już się cieszę. Ja swoje zamiłowanie do roślin mam w genach - moja prababcia, a później mama w salonie miały prawdziwą dżunglę. Mam po prababci jedną roślinę, którą sukcesywnie odmładzam (tak, tak, inni po babciach mają meble czy porcelanę a ja mam kwiatka). Widać go po prawej stronie zdjęcia. Teraz nie wygląda najładniej, bo Azar sukcesywnie mi go podgryza.



Tymczasem oprócz żywych roślin mój miejski salon zdobią jeszcze zielone rysunki. Niedawno powstał nowy - zainspirowana roślinnością w palmiarni namalowałam liść młodego bananowca.




Zdecydowanie mogę powiedzieć, że "zielono mi", nietrudno też u mnie zagrać w zielone ;)

Pozdrawiam,
Edyta
Copyright © 2016 Pracownia Jabloniee , Blogger