10:17

Metamorfoaza kuchni - malowanie

Metamorfoaza kuchni - malowanie
Chyba nigdy nie skończę tego remontu... Ale jak się głębiej zastanowię, to ja całe życie remontuję. Już jako nastolatka  wciąż coś zmieniałam w moim pokoju - przestawiałam meble, dekoracje, obrazki, a jak udało mi się namówić rodziców, zmieniałam tapetę. W dorosłym życiu mam tak samo - permanentna zmiana.
Coś mi się jednak udało skończyć, a mianowicie pomalowałam meble kuchenne.


Jak wprowadziłam się do tego mieszkania kuchnia (urządzona przez poprzednich właścicieli) wyglądała tak:


Bardzo mi się nie podobała, szczególnie te czerwone płytki, ale było tak wiele innych pilnych wydatków, że z kuchnią żyliśmy, choć jej nie lubiliśmy.
Z czasem jednak pomalowałam płytki, a męża namówiłam, aby postawił ściankę, która częściowo oddziela kuchnię od salonu. Wyglądało to tak:


Wciąż jednak nie podobał mi się kolor szafek. W końcu je pomalowałam. Marzyły mi się czarne fronty, ale kuchnia ma bardzo małe okno, więc gdyby całe meble były czarne zrobiłoby się zbyt ciemno, więc zdecydowałam się na szafki w dwóch kolorach - czarnym dolne,



a białym górne.



Do malowania szafek wybrałam farbę kredową Autentico® VERSANTE. To dobry wybór - nie musiałam mocno szlifować starej warstwy, łatwo się nakładało farbę. Czarnej wystarczyły dwie, a gdzieniegdzie trzy warstwy, niestety białej aż pięć, ale to dlatego, że prawie ich nie szlifowałam.
 

 Najtrudniejsze było malowania drobnych elementów ozdobnych, do nich wybrałam pędzel.


W sumie trochę się napracowałam (na szczęście pomagali mi syn i mąż) i teraz cieszę się, że mam to już za sobą :)





Marzy mi się jeszcze wymiana blatu i podłogi. Niestety to musi poczekać :(
Do kuchni zawędrowały też krzesła, które w opłakanym stanie kupiłam na allegro, odnowiłam tą samą czarną farbą, o tym czytaliście TU, a teraz dokupiłam do nich poduchy.



 W ogóle poszalałam i kupiłam nową deskę :)


I koszyk na zakupy...


I powstał nowy rysunek na ścianę kuchenną, ale o nim następnym razem.
Jeszcze wiele pracy przede mną, ale bardzo się cieszę z jej efektów. Teraz w kuchni pracuje się z przyjemnością, a dużo w niej przebywamy, bo to przecież czas zapraw. Owoce już czekają :)




Pozdrawiam,
 Edyta

11:09

Jaką grafikę wybrać do kuchni? Metamorfozy ciąg dalszy

Jaką grafikę wybrać do kuchni? Metamorfozy ciąg dalszy
Metamorfoza salonu wciąż trwa. Przedłuża się strasznie, bo pokój dzienny mam częściowo połączony z kuchnią, więc postanowiłam jednocześnie remontować oba pomieszczenia.

Metamorfoza salonu

 

W salonie malowałam ściany i niektóre meble. Kupiłam nową sofę, biurko i huśtawkę. Postawiłam ściankę, częściowo oddzielającą pokój od kuchni. Właściwie zostały mi do pomalowania tylko komody (ale o tym już pisałam).
Żeby nie zwariować, w tym ciągłym remoncie i bałaganie, kupuję co jakiś czas kwiatka albo inny drobiazg. Co powoduje, że na parapecie zaczyna robić się ciasno.


Z resztą, dzięki kwiatom pokój żyje własnym życiem. Można powiedzieć zarasta. Zwłaszcza monstera się rozpanoszyła :)


I po co ja w ogóle rysuję te grafiki, skoro kwiaty je zakrywają, hi, hi.

Metamorfoza kuchni

Co innego kuchnia, tam kwiaty rosną tylko na parapecie. A po przeciwnej stronie jest ogromna ściana, na której wisi tylko zegar. Zastanawiałam się co tam powiesić? W końcu stanęło na krowie i ananasie, jednak nadal było pusto. Długo myślałam nad pasującym rysunkiem, w końcu wpadłam na awokado. Przekrojone wygląda ślicznie. A ponieważ ostatnio często robię z tego owocu koktajl, to pomyślałam, że będzie pasował do mojej kuchni.



Narysowałam go kredkami akwarelowymi. Coraz mocniej zakochuję się w tej technice. Stworzenie nimi takiej grafiki to dosłownie półgodziny.


Jak będzie się prezentować w kuchni, pokażę Wam po metamorfozie.
Do tej pory w kuchni pomalowaliśmy ściany, kafelki, cześć szafek kuchennych, odnowiliśmy stół:


Jeszcze musimy skończyć malowanie mebli i wymienić oświetlenie. Jak widzicie ciągle wiele zostało do zrobienia.

Pozdrawiam,
Edyta

10:22

Zmiany w salonie - ciag dalszy

Zmiany w salonie - ciag dalszy
Wciąż dopieszczam mój pokój dzienny. Tym razem na ścianie, po obu stronach okna, pojawiły się nowe rysunki.

A było tak:

Uznałam jednak, że trochę jest za czarno, więc narysowałam piórka.


A po drugiej stronie było tak (zdjęcie pewnie pamiętacie z przedostatniego posta):


A jest tak:

I tu chciałam trochę rozweselić ścianę, dodając koloru. Dlaczego nagle zachciało mi się koloru? Otóż dostałam wraz z katalogami farb Śnieżka i Magnat, taki zestaw kredek akwarelowych:


Grzechem byłoby go nie wykorzystać, więc szybko powstały nowe rysunki.


Myślę, że na tym nie konie, bo rysowanie tymi kredkami bardzo mi się spodobało. Gdybym jeszcze tylko miała więcej czasu.....

Pozdrawiam,
Edyta

08:06

Moje Cztery Kąty

Moje Cztery Kąty
Część z Was już pewnie wie, że pracuję w miesięczniku Cztery Kąty. Nigdy nie pisałam jak to się zaczęło. Otóż jakiś czas temu byłam osobą bezrobotną. Niestety w Urzędzie Pracy nie mieli dla mnie propozycji etatu, bo nie miałam odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia (jestem dziennikarzem, a przed okresem bezrobocia pracowałam jako Kierownik Marketingu w firmie informatycznej). Długo trwało szukanie odpowiedniego zajęcia, aż przeczytałam na stronie UP, że mogę ubiegać się o staż w dowolnym miejscu, za który będzie mi płacił Urząd, a nie pracodawca. Wysłałam więc zapytanie do kilku redakcji pism wnętrzarskich, czy przyjęliby mnie na staż. Jako Pierwsza odezwała się do mnie Iwona Kmita - ówczesna Redaktor Naczelna Czterech Kątów.



Bardzo się ucieszyłam, bo to było moje ulubione pismo, które czytałam od lat nastoletnich. Oczywiście nie muszę pisać, że urządzaniem wnętrz interesowałam się od zawsze, a wszelkie przeróbki domowe były moim ulubionym zajęciem. Szybko doszłyśmy z Iwoną do porozumienia i tak zostałam stażystką. Staż szybko minął, wiele się nauczyłam i szczerze polubiłam moje nowe zajęcie, a ponieważ również Iwona była zadowolona z mojej pracy, zostałam w redakcji.  Teraz robię to co lubię. A na dodatek pracuję ze świetnymi ludźmi, którzy właściwie nauczyli mnie wszystkiego. Wkrótce minie pięć lat mojej pracy w CK. Przyszedł więc czas, aby przedstawić się czytelnikom jako blogerka, a ponieważ wprowadziliśmy nowy cykl, właśnie o blogach, nadarzyła się ku temu świetna okazja. Tak oto na łamach Czterech Kątów możecie przeczytać jak doszło do powstania bloga.


Wiecie też, że dla Czterech Kątów wykonuję projekty z cyku "Zrób to sam" i właśnie we wrześniowym numerze możecie jeden z nich zobaczyć. Wspominałam już o nim TU, a dotyczy oplątw.


Wówczas pod postem wywiązała się dyskusja na temat wytrzymałości tych roślin. Nie miałam doświadczenia, bo dopiero je kupiłam, ale po dwóch miesiącach mogę powiedzieć, że potrzebują one trochę troski. W ciepłe, suche dni należy je spryskiwać wodą nawet codziennie. Jak zaczynają podsychać warto je zanurzyć w wodnej kąpieli. Najlepiej czują się w szklanych pojemnikach gdzie panuje mikroklimat, a powietrze tak szybko nie wysycha.
Wcześniej oplątwy trzymałam tak:





Te z korzenia zdjęłam, bo nie miałam gdzie go ustawić, a rośliny trafiły do szklanego ogrodu.


Jedna zamieszkała w muszelce.



Natomiast inna mi uschła, ale to niestety przez moje zapracowanie i brak dostatecznej opieki.
Tak więc polecam te roślinki, ale nie osobom zapracowanym, raczej tym, które lubią częstą pielęgnację i opiekę nad roślinami.

Pozdrawiam,
Edyta

09:04

Wokół huśtawki, czyli metamorfoza salonu

Wokół huśtawki, czyli metamorfoza salonu
Wokół huśtawki...
...było dużo zamieszania gdy prawie 10 lat temu wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Kupiliśmy lokum z drugiej ręki, więc było już wykończone przez poprzednich właścicieli. Po przeprowadzce zapragnęliśmy huśtawki. Uwielbiamy bujanie, tj. ja i dzieci moglibyśmy robić to godzinami. Niestety jak tylko odpakowaliśmy huśtawkę mąż oznajmił, że tu jej się powiesić nie da - wszędzie są płyty kartonowo-gipsowe, nawet na sufitach, lepiej więc nie ryzykować i nie wieszać nic zbyt ciężkiego. I tak żyliśmy, smutni, bez nadziei na lepsze jutro :)
Ostatnio jednak cały czas myślałam o huśtawce, a to za sprawą mody, która zaistniała - kto tylko może wiesza ją sobie w domu. I tak patrzyłam na zdjęcia mieszkań w pismach, na blogach czy instagramie, i zazdrościłam ludziom, którzy mogą czerpać radość z bujania we własnym domu. W końcu, że nie wytrzymałam i kupiłam sobie nową huśtawkę (starej już dawno się pozbyliśmy). Tym razem podeszłam męża inaczej, dałam mu swoje rozwiązanie na powieszenie nowego mebla. Mój pomysł nie przypadł mu do gustu, ale zaczął kombinować jakby tu sprawić mi tę radość i powiesić huśtawkę. I wiecie co? Wymyślił! W końcu ją mam!


Cudownie móc bujać się po przyjściu z pracy do domu. Ta bujawka (wiem, wiem nie ma takiego słowa) to kolejny element metamorfozy salonu, która trwa i trwa. Coś tam już zrobiliśmy.... Więc dziś mogę już wam pokazać co nieco. Zobaczcie to z perspektywy huśtawki.


 Co się zmieniło? Przede wszystkim kolor ścian. Był beżowy, a jest biały. Salon stał się dużo jaśniejszy, a biel jest dobrym tłem dla grafik i zdjęć. Białe są też meble, przynajmniej większość z nich.
Zbudowaliśmy nową ścianę z drewnianej boazerii, która częściowo oddziela salon od kuchni. Jednak dzięki tej ścianie mogłam przesunąć narożnik do samej granicy tych dwóch pomieszczeń (nowy, bo stary się do niczego nie nadawał, a w dodatku miał szezlong z drugiej strony i zastawiał wejście na balkon). Wyglądało to tak.


Tak bardzo była odsunięta od ściany. Przez to zajmowała bardzo dużo miejsca na samym środku salonu.



Teraz wygląda tak.


Przed nim jest mnóstwo przestrzeni. Starczy jej na duży stolik i swobodne przejście do drzwi balkonowych.


Bardzo zmienił się też kąt, który pokazywałam wam w zeszłym poście.


Kiedyś wyglądał tak.


Książki częściowo upchnęłam do komody w sypialni, cześć stoi w kąciku czytelniczym i w "kominku", ale to historia na oddzielny post.
To tylko namiastka metamorfozy, ale mam nadzieję, że niedługo będę mogła pokazać wam całość.

01:55

Oplątwa - nowa miłość

Oplątwa - nowa miłość
Ja to jednak jestem strasznie kochliwa - coś zobaczę raz czy drugi i już bez tego żyć nie mogę :) Tak było z oplątwami - dziwnymi roślinami wyglądającymi jak kosmici.


Kupiłam ich kilka, ale co z nich zrobię jest na razie tajemnicą, gdyż to kolejny projekt dla Czterech Kątów. A propos, macie już nowy numer? Jest bardzo wakacyjny, więc warto go wziąć w plener.



Możecie w nim między innymi przeczytać jak stworzyć w domu namiastkę wakacji - morza, jeziora czy namiastkę wsi oraz co zrobić z przywiezionymi z wypadów "skarbami".



Moja propozycja  z cyklu Zrób to sam to między innymi świecznik ze znalezionej na plaży kłody i statek z plastra po wycince.



Wrócę do nowej fascynacji, czyli roślinek zwanych oplątwami. Oczywiście jak coś mi się podoba to muszę to narysować :) Na razie powstały dwie grafiki wykonane kredkami akwarelowymi, ale szykują się kolejne, może spróbuję też z ołówkiem?




Jak Wam się podobają oplątwy? Jeszcze nieraz o nich napiszę, trochę o tym jak się nimi opiekować i jak je wyeksponować, a tymczasem...

....pozdrawiam i do zobaczenia, 
Edyta
Copyright © 2016 Pracownia Jabloniee , Blogger