10:33

Jak zrobić deser z resztek i kolejny rysunek

Jak zrobić deser z resztek i kolejny rysunek
Nie cierpię wyrzucania jedzenia. Dlatego co jakiś czas robię remanent w lodówce i gotuję z resztek. Muszę Wam powiedzieć, że mój małżonek uwielbia te dni, bo twierdzi, że wówczas wychodzą mi najlepsze dania ;) Najczęściej są to rożnego rodzaju sałatki, ale tym razem wyszło mi coś słodkiego - budyń z kaszy jaglanej.


Ostatnio coś takiego jadła moja koleżanka w pracy. Ona ugotowała go wg przepisu, który znajdziecie w necie wrzucając hasło "budyń jaglany", ale ja gotowałam z resztek, a konkretnie z ugotowanej już kaszy, która została mi z obiadu i lekko przejrzałego banana. Otóż kaszę zalałam mlekiem bez laktozy, tak aby zakryła kaszę w garnku. Następnie razem to podgrzałam. Na koniec zmiksowałam blenderem i wlałam do słoika. Na wierzch polałam zmiksowanymi mrożonymi truskawkami z bardzo dojrzałym bananem i udekorowałam pokrojonym bananem, winogronem i listkiem mięty. Ja nie użyłam cukru ani żadnego jego zamiennika, ale jak ktoś lubi bardziej słodkie desery może użyć miodu, ksylitolu lub cukru. Wersja bez słodzenia jest idealna dla osób, którym nie służy gluten, cukier, laktoza oraz fruktany, gdyż nie zawiera niczego takiego. :) Zdrowo, smacznie i prawie dietetycznie, bo banan nie należy do owoców polecanych przy diecie odchudzającej.
Takie jedzenie to dla mnie terapia na zimową szarość. O tej porze roku zawsze brakuje mi letnich smaków i kolorów. To właśnie wówczas w domu pojawiają się barwne akcenty. Tym razem jest nim rysunek - papuga.



Papużka zamieszkała przy oknie, zastępując króliczka.

Było tak:

A jest tak:


I tym sposobem las zamieniłam na dżunglę, jeszcze przydałaby się jakaś palma. Niestety mąż mógłby tego nie przeżyć - już z sofy widzi tylko pół ekranu telewizora, bo resztę mu kwiaty zasłaniają, hi, hi, hi :)) Ciekawa jestem jak Wy razicie sobie z zaokienną szarugą? A może lubicie zimę i jej atrakcje?

Pozdrawiam,
Edyta

09:29

Las w słoiku - namiastka szczęścia?

Las w słoiku - namiastka szczęścia?
Stworzyłam kolejny las w słoiku. Właściwie to nic takiego - zobaczyłam ładną roślinkę w sklepie, pomyślałam: "Och przypomina mi mech, który widziałam w lesie na wakacjach, muszę ją kupić!" I tak zrobiłam. Wydawała mi się idealna do słoja, więc w nim wylądowała. Choć tych leśnych słoików mam już sporo.


A jednak zrobiłam następny. Dlaczego? Czyżby z tęsknoty za tym o czym nieustannie marzę, co zaprząta mi umysł każdego dnia? Tęsknota  za lasem, naturą, jeziorem... Tak, to moje największe marzenie - dom na wsi, w pobliżu lasu, niedaleko jeziora, może stawu, nic wielkiego, a jednak wciąż niedoścignionego. Od kilku lat szukamy tego cudownego miejsca, kilka razy biliśmy już bardzo blisko, ale jak na razie nie udało się. Wczoraj oglądaliśmy kolejny dom, ale znów okazał się nie taki, jaki chcielibyśmy mieć. Może właśnie dlatego moje mieszkanie zamieniam w las :)




 Roślin u mnie jest bardzo dużo, nie tylko w słoikach,. Niektóre są dość duże. Poznajecie monsterę, którą kupiłam na olx-ie taką malutką, że mąż się śmiał: "To ma być monstera?". A tu proszę jak maleństwo urosło :)


Jak wiecie mam cały leśny kącik, ostatnio o nim pisałam, dziś mogę ukazać go w całej okazałości.


Jest tu też jezioro.



Tu też wciąż pojawiają się rysunki leśnych zwierząt.



 A pamiętacie wilka?


Wciąż go poprawiałam, coś zmazywałam, coś dorysowywałam, aby skończyć z tym szaleństwem ostatecznie włożyłam go do ramy, niech zostanie taki jak jest.


Już znacie mojego bzika, pogoń za szczęściem i próba odnalezienia go we własnych czterech kątach. Na przeciwko lasu wisi huśtawka, kiedy się w niej bujam czuję się prawie jak w wymarzonym, leśnym ogrodzie ze stawem. :)


A Wy o czym marzycie? Czego chcielibyście od życia? W co zamieniacie swoje domy?

Pozdrawiam,
 Edyta

05:34

DIY - konik inspirowany konikiem Dala

DIY - konik inspirowany konikiem Dala
Zachwycam się ostatnio sztuka ludową, nie tylko naszą, rodzimą, ale i skandynawską. I z tego nowego zainteresowania wyszedł konik inspirowany konikiem Dala.



Początkowo miałam pomysł, aby sobie takie cudo kupić,  no może nieoryginalnego konia z Dalarna, gdyż one są trochę za drogie, ale coś z naszych rodzimych sklepików z rękodziełem. Jednak wpierw, tak z głupia frant, zapytałam męża czy by mi takiego nie wyciął. Odpowiedział, że to prościzna, więc szybko wyjęłam deskę do krojenia, którą kupiłam na tzw. zapas, za 4 zł na targu, narysowałam na niej konika i podsunęłam do wycięcia mężowi. Ależ się z dziwiłam jak mi go wyciął. Nie podejrzewałam, że ma takie zdolności ;) Żyjesz z kimś 20 lat, a ten nadal Cię zaskakuje :))
Cały proces wyglądał tak:


Oto konik po wycięciu i lekkim oszlifowaniu.


Później go pomalowałam.


Dodałam odrobinę wzorków.


I mam wymarzonego konika, który kosztował mnie około 5 zł i odrobinę pracy - mojego męża i mojej :) Muszę przyznać, że lubię z nim robić różne projekty, jesteśmy zgraną parą, która świetnie się dopełnia. :)
Jedyną kwestią sporną był ogon, a właściwie jego brak. Mąż i dzieci twierdziły, że konik powinien mieć ogon, ja uważałam, że (podobnie jak koniki Dala), nie. Ale się złamałam i dorobiłam - ogon i grzywę. Jak myślicie, która wersja ładniejsza?


Pozdrawiam,
 Edyta

PS. Dziękuję za miłe komentarze pod ostatnim postem :)

05:56

DIY - malowane miseczki ceramiczne

DIY - malowane miseczki ceramiczne
Już nie wiem jak długo marzyłam o takich à la marokańskich miseczkach śniadaniowych. Niestety nigdy nie trafiałam na promocję, a w regularnych cenach wydawały mi się zbyt drogie. Tak więc pozostawały w strefie marzeń. Aż pewnego dnia odwiedziłam jedną z tanich sieciówek i zauważyłam białe miseczki, idealne kształtem, ale bez wzorków, a dodatku kosztujące tylko 3,99 zł. Farby do porcelany mam jeszcze z czasów jak malowałam kubki, więc pomyślałam sobie: "Czemu nie spróbować?". Kupiłam dwie i je pomalowałam.


Aby ułatwić sobie zadanie najpierw okleiłam je taśmą malarską.


Później na taśmie zaznaczyłam kropki, co centymetr, aby wzór był w miarę równy. I wzięłam się za malowanie.


Nie wyszły idealnie, ale nigdy nie byłam najlepsza w malowaniu ceramiki. Poza tym niech będzie widoczne, że to praca ręczna, a nie maszynowa. :) Ja jestem szczęśliwa, że mam upragnione miseczki, a dodatku nikt nie ma takich samych :)



Jak kupowałam miseczki wpadł mi w oko chlebak. Był w idealnym kolorze, więc też go nabyłam. Teraz moja czarno-biała kuchnia zyskała nieco koloru!


Wreszcie mam gdzie trzymać swój bezglutenowy chleb, który nie powinien leżeć razem z pszennymi bułeczkami dzieci. Chleb piekę co sobotę, jest przepyszny, właściwie niczym się nie różni od pszennego. Gdyby ktoś miał ochotę na przepis, chętnie się nim podzielę - napisz maila lub  komentarz.

A skoro dziś taki ważny dzień, o którym nie wypada zapomnieć, wszystkim babciom życzę wspaniałego dnia i cudownych wnucząt! Kwiatki, pyszna kawa i odrobina relaksu z ulubionym magazynem lub książką - to dla Was :)




Pozdrawiam,
Edyta

12:50

Domowy las z wilkiem, czyli kolejny rysunek

Domowy las z wilkiem, czyli kolejny rysunek
Bardzo się cieszę, że spodobał się Wam post o kiczu, i że tak licznie włączyliście się w dyskusję. Przyznam, że trochę poczęstowałam Was kiczem, bo rysunek królika w kapeluszu powstał w pośpiechu, właśnie na potrzeby ówczesnego wpisu. Miałam wyrzuty sumienia, że pokazałam  taką niestaranną pracę, więc postanowiłam to naprawić. Tym razem się przyłożyłam. Chyba nigdy nie poświęciłam tyle czasu na rysunek.


Powstawał od niedzieli i codziennie coś zmieniałam. Na przykład wczoraj wyglądał tak.


A dziś tak.


Nie dam głowy, że jutro będzie wyglądał tak samo, w końcu wciąż jest na sztaludze. Ustawiałam ją w moim salonowym, leśnym zakątku. Jest tam las w słoiku, drzewko iglaste i inne rośliny, poroże i rysunki związane z przyrodą, więc idealnie tam pasuje.



Pozdrawiam, 
Edyta

PS. Przepraszam za jakość zdjęć, ale z racji pory roku musiałam je zrobić przy sztucznym świetle.

10:52

Czy lubię kicz? I co jest kiczem?

Czy lubię kicz? I co jest kiczem?

Gdyby się Was zapytać: co to jest kicz? Jestem pewna, że każdy by wiedział. Ale czy miałby na myśli to samo? Otóż według Wikipedii kiczem jest: "utwór o miernej wartości, schlebiający popularnym gustom, który w opinii krytyków sztuki i innych artystów nie posiada wartości artystycznej.”

Słowo „utwór” możemy zamienić na „przedmiot”, i co wówczas nazwalibyście kiczem? Zawsze wierzyłam, że wiem co to jest kicz. Przypominam sobie jedne z zajęć na studiach. Mieliśmy napisać felieton. Kolega z roku poruszył właśnie temat kiczu. W swojej pracy udowadniał, że obraz jeleni na rykowisku (wówczas nieceniony zbyt wysoko) wcale nie jest kiczem. On, wychowany  w leśniczówce, mile wspominał dzieło, które zdobiło ścianę w jego rodzinnym domu. Podziwiał też jelenie – silne zwierzęta, których urodę i majestatyczność można podziwiać właśnie na rykowisku. Jednak ja po wysłuchaniu jego felietonu miałam mieszane uczucia – co tu udowadniać? Kicz to przecież kicz, a nie, wartościowe dzieło. Szczególnie, że wielu malarzy tworzyło takie obrazy właśnie po to, by szybko je sprzedać i zarobić, by móc malować to co sami uznawali za ładne.

W kolejnych latach mojego życia, problem kiczu pojawiał się co jakiś czas. Pamiętam wykład jednej z projektantek wnętrz, która jako sssssttttrrrraszny kicz uznała diody LED rozmieszczone na suficie tak, by imitowały rozgwieżdżone niebo. Opowiaała, jak próbowała odwieźć klientów od zrobienia ich sobie w domu. Wówczas jedna z słuchaczek strasznie się uniosła, że skoro się to komuś podoba, to dlaczego nie ma sobie tego zrobić w domu? Przyznam, że choć nie gustuję w tego typu dekoracjach, to dziewczyna z sali mnie przekonała. Z biegiem lat zmieniło się moje nastawienie do szybkich ocen, bo przecież o gustach się nie dyskutuje.

Wrócę do kolegi ze studiów – on zakochany w jeleniach, był nimi otoczony w dzieciństwie. Ja wychowywałam się z królikami, żywymi oraz wykonanymi z porcelany. Uwielbiałam i nadal bardzo lubię i jedne, i drugie. Jak wiecie do dziś mam ich sporą kolekcję. Oto kilka archiwalnych zdjęć, gdyby ktoś zapomniał. :)



Lubię też rysować i malować te zwierzęta. 

 



 

W życiu nie pomyślałabym o długouchych jak o kiczu. Przecież zające (to prawie jak królik) były przedmiotem też wielkich dzieł, chociażby „Studium zająca” Albrechta Dürera.

 

Źródło: cudaswiata.archeowiesci.pl

A tu, kilka dni temu, od koleżanki usłyszałam: „Figurki zajęcy i królików? To takie kiczowate!” I cóż, okazało się, że lubię kiczowatość i otaczam się kiczem, jak mój kolega z roku. On wybrał jelenie (nie wspomnę, że strasznie modne ostatnio), ja króliki i zające. Zakończę ten przydługi post cytatem z miesięcznika „Livingetc” (kwietniowego numeru 2017 roku), to wypowiedź właścicielki jednego z prezentowanych tam mieszkań:

„My mantra is, surround yourself with things that you love, that make you happy and bring a smile”.


Całkowicie się z tym stwierdzeniem zgadzam. Też się chcę otaczać przedmiotami, które czynią mnie szczęśliwą i wywołują mój uśmiech. I dlatego narysowałam kolejnego królika. :)

 

 Pozdrawiam,
Edyta

11:43

Deser z tapioki i szkatułka

Deser z tapioki i szkatułka
Właściwie nie pamiętam czy pisałam o tym, że jakiś czas temu stwierdzono u mnie chorobę Hashimoto. Od tej pory staram się nie jeść glutenu, nie dlatego, że jestem na niego uczulona, ale dlatego, że źle się po nim czuję. Przywykłam o tej diety, szczególnie, że obecnie bezglutenowe produkty są właściwie we wszystkich sklepach. Staram się też urozmaicić ją, przygotowując coraz to nowe dania. Zaczęłam prawdziwie eksperymentować w kuchni. A jednym z rezultatów tych eksperymentów był niedzielny deser - pudding z tapioki z kremem z serka mascarpone, musem z gruszki i sosem z malin.




Pudding przygotowałam według przepisu z opakowania nasion tapioki - czyli 1/3 szklanki nasion zalałam 3 szklankami kokosowego mleka i odstawiłam na 1 godzinę. Później zagotowałam i na małym ogniu gotowałam go przez 15 min. Przełożyłam do pucharków, aby ostygł. Z ubitej śmietany (150 ml), cukru pudru (1 łyżka),  serka mascarpone (ok. 200 gr.), skórki startej z połowy ekologicznej cytryny i z łyżki jej soku zrobiłam krem. Gruszkę zmiksowałam blenderem i również dodałam odrobinę soku z cytryny. Mrożone maliny podgrzałam w mikrofalówce z ksylitolem. Wszystko ułożyłam w pucharkach w takiej kolejności - pudding, mus z gruszki, krem, sos z malin. Na koniec udekorowałam mrożoną maliną i listkami mięty. Niedzielny deser okazał się hitem!




Ale nie tylko gotowaniem zajmowałam się w ten weekend. Wśród świątecznych prezentów znalazł się taki, opakowany w drewniane pudełko. Było pomalowane na szaro.



Jak wiecie u mnie panuje teraz czerń, więc pudełko musiało zmienić kolor. Nie chciałam, aby było całe czarne, w końcu już niedługo wiosna, więc niech trochę kolorów zagości w domu. Ostatecznie zdecydowałam się na taki wzór.


 Jak szafirki, które stoją obok rozkwitną, będą się pięknie komponowały z moim nowym pudełkiem.


Pozdrawiam,
Edyta
Copyright © 2016 Pracownia Jabloniee , Blogger