wtorek, 15 sierpnia 2017

Moje Cztery Kąty

Część z Was już pewnie wie, że pracuję w miesięczniku Cztery Kąty. Nigdy nie pisałam jak to się zaczęło. Otóż jakiś czas temu byłam osobą bezrobotną. Niestety w Urzędzie Pracy nie mieli dla mnie propozycji etatu, bo nie miałam odpowiedniego wykształcenia i doświadczenia (jestem dziennikarzem, a przed okresem bezrobocia pracowałam jako Kierownik Marketingu w firmie informatycznej). Długo trwało szukanie odpowiedniego zajęcia, aż przeczytałam na stronie UP, że mogę ubiegać się o staż w dowolnym miejscu, za który będzie mi płacił Urząd, a nie pracodawca. Wysłałam więc zapytanie do kilku redakcji pism wnętrzarskich, czy przyjęliby mnie na staż. Jako Pierwsza odezwała się do mnie Iwona Kmita - ówczesna Redaktor Naczelna Czterech Kątów.



Bardzo się ucieszyłam, bo to było moje ulubione pismo, które czytałam od lat nastoletnich. Oczywiście nie muszę pisać, że urządzaniem wnętrz interesowałam się od zawsze, a wszelkie przeróbki domowe były moim ulubionym zajęciem. Szybko doszłyśmy z Iwoną do porozumienia i tak zostałam stażystką. Staż szybko minął, wiele się nauczyłam i szczerze polubiłam moje nowe zajęcie, a ponieważ również Iwona była zadowolona z mojej pracy, zostałam w redakcji.  Teraz robię to co lubię. A na dodatek pracuję ze świetnymi ludźmi, którzy właściwie nauczyli mnie wszystkiego. Wkrótce minie pięć lat mojej pracy w CK. Przyszedł więc czas, aby przedstawić się czytelnikom jako blogerka, a ponieważ wprowadziliśmy nowy cykl, właśnie o blogach, nadarzyła się ku temu świetna okazja. Tak oto na łamach Czterech Kątów możecie przeczytać jak doszło do powstania bloga.


Wiecie też, że dla Czterech Kątów wykonuję projekty z cyku "Zrób to sam" i właśnie we wrześniowym numerze możecie jeden z nich zobaczyć. Wspominałam już o nim TU, a dotyczy oplątw.


Wówczas pod postem wywiązała się dyskusja na temat wytrzymałości tych roślin. Nie miałam doświadczenia, bo dopiero je kupiłam, ale po dwóch miesiącach mogę powiedzieć, że potrzebują one trochę troski. W ciepłe, suche dni należy je spryskiwać wodą nawet codziennie. Jak zaczynają podsychać warto je zanurzyć w wodnej kąpieli. Najlepiej czują się w szklanych pojemnikach gdzie panuje mikroklimat, a powietrze tak szybko nie wysycha.
Wcześniej oplątwy trzymałam tak:





Te z korzenia zdjęłam, bo nie miałam gdzie go ustawić, a rośliny trafiły do szklanego ogrodu.


Jedna zamieszkała w muszelce.



Natomiast inna mi uschła, ale to niestety przez moje zapracowanie i brak dostatecznej opieki.
Tak więc polecam te roślinki, ale nie osobom zapracowanym, raczej tym, które lubią częstą pielęgnację i opiekę nad roślinami.

Pozdrawiam,
Edyta

czwartek, 13 lipca 2017

Wokół huśtawki, czyli metamorfoza salonu

Wokół huśtawki...
...było dużo zamieszania gdy prawie 10 lat temu wprowadziliśmy się do tego mieszkania. Kupiliśmy lokum z drugiej ręki, więc było już wykończone przez poprzednich właścicieli. Po przeprowadzce zapragnęliśmy huśtawki. Uwielbiamy bujanie, tj. ja i dzieci moglibyśmy robić to godzinami. Niestety jak tylko odpakowaliśmy huśtawkę mąż oznajmił, że tu jej się powiesić nie da - wszędzie są płyty kartonowo-gipsowe, nawet na sufitach, lepiej więc nie ryzykować i nie wieszać nic zbyt ciężkiego. I tak żyliśmy, smutni, bez nadziei na lepsze jutro :)
Ostatnio jednak cały czas myślałam o huśtawce, a to za sprawą mody, która zaistniała - kto tylko może wiesza ją sobie w domu. I tak patrzyłam na zdjęcia mieszkań w pismach, na blogach czy instagramie, i zazdrościłam ludziom, którzy mogą czerpać radość z bujania we własnym domu. W końcu, że nie wytrzymałam i kupiłam sobie nową huśtawkę (starej już dawno się pozbyliśmy). Tym razem podeszłam męża inaczej, dałam mu swoje rozwiązanie na powieszenie nowego mebla. Mój pomysł nie przypadł mu do gustu, ale zaczął kombinować jakby tu sprawić mi tę radość i powiesić huśtawkę. I wiecie co? Wymyślił! W końcu ją mam!


Cudownie móc bujać się po przyjściu z pracy do domu. Ta bujawka (wiem, wiem nie ma takiego słowa) to kolejny element metamorfozy salonu, która trwa i trwa. Coś tam już zrobiliśmy.... Więc dziś mogę już wam pokazać co nieco. Zobaczcie to z perspektywy huśtawki.


 Co się zmieniło? Przede wszystkim kolor ścian. Był beżowy, a jest biały. Salon stał się dużo jaśniejszy, a biel jest dobrym tłem dla grafik i zdjęć. Białe są też meble, przynajmniej większość z nich.
Zbudowaliśmy nową ścianę z drewnianej boazerii, która częściowo oddziela salon od kuchni. Jednak dzięki tej ścianie mogłam przesunąć narożnik do samej granicy tych dwóch pomieszczeń (nowy, bo stary się do niczego nie nadawał, a w dodatku miał szezlong z drugiej strony i zastawiał wejście na balkon). Wyglądało to tak.


Tak bardzo była odsunięta od ściany. Przez to zajmowała bardzo dużo miejsca na samym środku salonu.



Teraz wygląda tak.


Przed nim jest mnóstwo przestrzeni. Starczy jej na duży stolik i swobodne przejście do drzwi balkonowych.


Bardzo zmienił się też kąt, który pokazywałam wam w zeszłym poście.


Kiedyś wyglądał tak.


Książki częściowo upchnęłam do komody w sypialni, cześć stoi w kąciku czytelniczym i w "kominku", ale to historia na oddzielny post.
To tylko namiastka metamorfozy, ale mam nadzieję, że niedługo będę mogła pokazać wam całość.

wtorek, 27 czerwca 2017

Oplątwa - nowa miłość

Ja to jednak jestem strasznie kochliwa - coś zobaczę raz czy drugi i już bez tego żyć nie mogę :) Tak było z oplątwami - dziwnymi roślinami wyglądającymi jak kosmici.


Kupiłam ich kilka, ale co z nich zrobię jest na razie tajemnicą, gdyż to kolejny projekt dla Czterech Kątów. A propos, macie już nowy numer? Jest bardzo wakacyjny, więc warto go wziąć w plener.



Możecie w nim między innymi przeczytać jak stworzyć w domu namiastkę wakacji - morza, jeziora czy namiastkę wsi oraz co zrobić z przywiezionymi z wypadów "skarbami".



Moja propozycja  z cyklu Zrób to sam to między innymi świecznik ze znalezionej na plaży kłody i statek z plastra po wycince.



Wrócę do nowej fascynacji, czyli roślinek zwanych oplątwami. Oczywiście jak coś mi się podoba to muszę to narysować :) Na razie powstały dwie grafiki wykonane kredkami akwarelowymi, ale szykują się kolejne, może spróbuję też z ołówkiem?




Jak Wam się podobają oplątwy? Jeszcze nieraz o nich napiszę, trochę o tym jak się nimi opiekować i jak je wyeksponować, a tymczasem...

....pozdrawiam i do zobaczenia, 
Edyta

wtorek, 20 czerwca 2017

Rysunki i metamorfoza salonu

Strasznie mi głupio, że tak rzadko tu zaglądam, zdecydowanie muszę to zmienić! Fakt, że mnie tu nie ma nie znaczy jednak, że nic nie robię. Wręcz przeciwnie :)

Dostałam od syna urocze malutkie sztalugi z płótnami. Zapełniłam je, na razie tak, ale wiem, że będą zmiany :)


 Nie przypuszczałam, że niewielkie rysunki są tak trudne w wykonaniu.



Nadal męczymy się z remontem salonu. To znaczy, małżonek już swoje skończył - pomalował ściany, poprzesuwał meble, ale mi jeszcze zostały do pomalowania trzy komody. Przemalowałam tylko jedną. Narysowałam i oprawiłam grafiki (większość już widzieliście), które trafiły już na swoje miejsce.


Czyli do zielonego zakątka :) Tu możecie zobaczyć pomalowaną komodę, wcześniej była w kolorze schodów. Tych wciąż boję się malować, może kiedyś.....




Na koniec chciałam Was przestrzec. Otóż wybrałam się wczoraj na rower do lasu i skusiły mnie kwiatki, które zebrałam, a potem zrobiłam z nich bukiecik.


A dziś popołudniu znalazłam w nodze kleszcza, nie mógł wbić się w lesie, bo wczoraj jeszcze go nie miałam, więc najprawdopodobniej przyniosłam go wraz z bukiecikiem :(
 Chyba odpuszczę sobie wizyty w lesie, w tym roku jest strasznie dużo, i kleszczy, i komarów :(
Pozdrawiam,
Edyta

wtorek, 30 maja 2017

DIY ogrodowy, czyli kwietnik z palety

Pamiętacie mój zielnik z palety TU ?
Otóż Małgosia, redaktor naczelna portalu lovelygarden.pl, poprosiła mnie, abym pomogła jej zrobić z palety kwietnik.
Troszkę zmodyfikowałyśmy mój wcześniejszy projekt, ponieważ Małgosia nie chciała umieszczać na palecie doniczek, wymyśliłyśmy więc, że zamiast nich będą jutowe worki.

Fot. Małgorzata Wójcik/lovelygarden.pl

Zacznijmy od początku
Potrzebne będą:
Paleta, jutowe i foliowe worki, farby, narzędzia - szlifierka i taker, pędzel, rękawice, ziemia, drenaż i rośliny.

Krok 1.

Czyścimy paletę i szlifujemy ją.

Krok 2.


Wybieramy kolor farb. My chciałyśmy, żeby to kwiaty grały główną rolę, więc zdecydowałyśmy się na neutralne kolory - brązowy (Wiklinowy Koszyk) i limonkowy (Limonkowy Ciemiernik).

Krok 3.

Malujemy. Kiedyś obiecałam, że przetestuję dla Was te farby. Mogę powiedzieć już co nieco o nich. Otóż są właściwie bezwonne i bardzo dobrze kryją.  Myślałam, że surowe drewno palety wchłonie farbę i będziemy musiały kłaść kilka warstw, ale okazało się, że kolorem brązowym wystarczyło pomalować raz, natomiast limonkowym dwa razy. Jedyny mankament, który zaobserwowałam to fakt, że farby przez długie przechowywanie  rozwarstwiły się i musiałyśmy je dobrze wymieszać zanim zaczęłyśmy malować. Ale tak jest w przypadku wielu farb.

Krok 4

Fot. Małgorzata Wójcik/lovelygarden.pl
Fot. Małgorzata Wójcik/lovelygarden.pl
Mocujemy "doniczki". Najpierw jutowe worki należy przyciąć na żądaną długość, następnie włożyć do środka foliowy worek, przypiąć do drewna, a następnie tokerem przymocować.

Krok 5


Fot. Małgorzata Wójcik/lovelygarden.pl


Na koniec ustawiamy paletę w wybranym miejscu (można ją przymocować do ściany) i sadzimy kwiaty. Na dno worka wpierw wsypujemy warstwę drenażu, a następnie ziemię i dopiero kwiaty.

Jeśli chcecie zobaczyć na filmie jak to wyglądało zapraszam TU

W przerwach podziwiałam Małgosi ogród - jest naprawdę piękny!









Oj brakuje mi takiego kawałka ziemi, bardzo się cieszę, że chociaż jeden dzień mogłam spędzić w otoczeniu tych pięknych roślin.

Za pomoc w stworzeniu posta dziękuję markom Bosch i Viva Garden.

Pozdrawiam serdecznie,
Edyta

niedziela, 21 maja 2017

I znów to samo

Może pamiętacie, że obiecałam sobie w tym roku mniej pracować? Cóż, nie wyszło mi. :(
Jak weszłam na bloga i zobaczyłam kiedy powstał ostatni post, aż się przeraziłam. W zasadzie to ja się cieszę - co rusz to nowe propozycje, nowe wyzwania, nowe rzeczy do nauki... To jest to co lubię, wciąż iść naprzód. Tylko żeby jeszcze ta doba chciała mieć, no powiedzmy, 48 godzin... Co Wy na to? Byłoby cudownie! Może wówczas miałabym czas na rysowanie, naukę malowania, ach jak byłoby cudownie!
Zejdźmy na ziemię, doba ma 24 godziny, dlatego większość projektów nie jest skończona. Nie mam czego Wam pokazać. Może tylko naprędce narysowanego jeżyka...

 

Trwa też metamorfoza salonu, nie wiem od kiedy... Wpierw planowałam styl à la lata 60. Teraz wkracza mi Boho. Pewnie nim skończę stworzę niezły miszmasz, jak zwykle. Ale podobno eklektyzm zawsze jest w modzie :)  Tylko trudno go stworzyć :(
Tak czy inaczej pojawiły się nowe poduchy, ale Azar uznał, że nic nie jest piękniejsze od niego, więc poduchy możecie oglądać tylko na drugim planie, hi, hi.


Salon połączony mam z kuchnią, więc metamorfoza obejmie również ją. Zaczęłam od pomalowania szafek kuchennych, tj. na razie kilku frontów... Może za rok skończę (kupowanie poduszek jest znacznie prostsze i mniej czasochłonne). :)


Jak widzicie nie próżnuję, ale na rezultaty mojej pracy przyjdzie Wam i mi jeszcze trochę poczekać, tymczasem zapraszam na spacer po lesie, na to zawsze musi znaleźć się czas, zwłaszcza wiosną :)




Pozdrawiam,
Edyta