piątek, 16 września 2011

Dzień z życia mamy

6.00 rano – mąż mnie budzi. Jest naprawdę wspaniały, bo w kuchni czeka już śniadanie i kawka. I tak niechętnie wstaję (nigdy nie byłam rannym ptaszkiem).  Po śniadaniu nerwowe szykowanie dzieci do szkoły, dziś muszę sama zaprowadzić najmłodszą winorośl na 8.00. Po powrocie dokańczam zimną kawę i biorę się za porządki. Pranie, prasowanie, zmywarka, odkurzanie. Ojej! Już prawie 11-ta, muszę lecieć po syna do szkoły. Ma skrócone lekcje, więc nie zdążyłam pojechać na zakupy, będę musiała wziąć go ze sobą. Zakupy przeciągną się o półgodziny, bo będzie chciał obejrzeć zabawki, książki, wybrać słodycze itp. Trudno, zrezygnuję z popołudniowej kawy L.  Z zakupów wracamy o 13.15, jest późno, więc od razu zabieram się do robienia obiadu. Jednocześnie pomagam średniemu synowi w lekcjach. Tortilla nie zajmuje mi dużo czasu. Wszystkim smakowała. Poprosili o dokładkę, znów muszę odgrzewać placki, mięso i nakładać każdemu z osobna. Jest 14.30 mam jeszcze godzinę do wyjazdu na trening syna (zajęcia  odbywają się w centrum, a my mieszkamy za miastem, więc muszę go odwozić i przywozić), może zdążę wypić kawę i polakierować stołek, który akurat robię. Wchodzę na piętro i słyszę, że córka mnie woła. Prosi, abym przeczytała wypracowanie, które napisała. Czytam. Jest naprawdę dobre! Chwalę i idę na górę. Zostawiona tam kawa wystygła, schodzę na dół, aby ją podgrzać w mikrofalówce. Domofon, syn z podwórka prosi, abym mu rzuciła mu picie. Rzucam. Wracam na górę, zostało półgodziny. Szybka kawa i lakierowanie. Już siedzimy w samochodzie, droga zajmuje 30 minut, w tym czasie piszemy wypracowanie z j. polskiego. Dziś czwartek, syn ma trzy godziny treningu, odbierze go mąż. Nie muszę na niego czekać, córka dziś nie ma tańców, więc mogę jechać od razu do domu. Fajnie, będę przed 17-tą, nie jak zazwyczaj o 20-tej, więc zdążę coś jeszcze zrobić.  Jak pech to pech, na moście był wypadek. Droga zamiast pół godziny zajmuje mi 60 minut. W międzyczasie zadzwoniła córka, że w domu nie ma cukru. Kurde, tak to jest jak robię zakupy z dzieckiem. Zajeżdżam do sklepu. Dotarłam wreszcie do domu. Jest 18.00. Co tu zrobić z wolnym czasem. Może zmienię wodę w akwarium. Miałam zrobić to wczoraj, ale byłam na zebraniu w szkole. Albo wyjmę maszynę i poskracam spodnie. Decyzja zajmuje mi chwilę. Zmieniam wodę, bo ryby pływają przy powierzchni, pewnie nie mają czym oddychać. Jestem już zmęczona, więc operacja zajmuje mi godzinę. Potem robię kolację i wreszcie siadam, jem i rozmawiam z dziećmi. O 21-szej trzydzieści dzieci są już w swoich pokojach. Siedzimy z mężem i opowiadamy jak minął nam dzień. Mówię, że nie miałam chwili relaksu i trudno jest mi się zorganizować. Zastanawiam się jak radzą sobie mamy, które pracują zawodowo. Przypominam sobie jak to było, kiedy jeździłam do pracy. Wstawałam o 6.00, odstawiałam dzieci do szkoły i przedszkola. Do domu wracałam o 18.00. Dzieci były już w domu, przyprowadzone przez tatę. Jak sobie radziły przez cały dzień? Lekcje odrabiały same (na świetlicy), obiad jadły w szkole i przedszkolu, na zajęcia pozalekcyjne chodziły same, do szkoły. Wieczorem siadaliśmy do obiadokolacji (przygotowanej najczęściej w weekend i zamrożonej).  Zajęcia domowe podzieliliśmy między siebie (nawet dzieci pomagały). Sprzątaliśmy tylko w soboty, w tygodniu i tak nie miał kto bałaganić. Nie mieliśmy też rybek, przeróbkami krawieckimi zajmował się krawiec lub moja mama. Nie dekupażowałam. Kawę piłam w pracy, przy komputerze. No cóż jak mówi stare, chińskie (chyba) przysłowie: „masz mało czasu, wieź sobie dodatkowe zajęcie”.
Piszę to wszystko, żeby się usprawiedliwić, dlaczego nie zrobiłam jeszcze stołka, o którym wspominałam w poprzednim wpisie. Sami widzicie, jestem mało zorganizowana. Coś tam jednak zrobiłam. Jeszcze zostało mi położenie kilku warstw lakieru i skręcenie całości. Uchylę rąbka tajemnicy i wstawię zdjęcie częściowo zrobionego mebelka.


Pozdrawiam wszystkie mamy, te pracujące zawodowo i te pracujące w domu, a najserdeczniej te pracujące i w domu i zawodowo, które nie mają oparcia w swojej drugiej połówce. Nie mam pojęcia jak sobie radzicie?!

2 komentarze:

  1. No i niektórzy mają czelność powiedzieć : Nie pracujesz, Siedzisz w domu, Nic nie robisz! Oj nie mają racji, nie mają ... :)

    OdpowiedzUsuń
  2. To prawda, nieraz już to słyszałam :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję, że jesteście ze mną i zechcieliście coś napisać.