Zmagania z masą porcelanową
Dziś rozebraliśmy naszą choinkę. Pomyślałam, że to ostatnia chwila, by pokazać Wam to, czego nie zdążyłam opublikować przed świętami. :)
Otóż wspominałam już w poprzednich postach, że postanowiłam wypróbować przepis na tzw. "zimną porcelanę". Znajdziecie go w internecie, powiem tylko, że użyłam mąki ziemniaczanej, kleju typu "wikol", cytryny i olejku dla dzieci. Wymieszałam wg przepisu. Wyszła ładna masa, ale okropnie się z niej lepiło. To znaczy wszystko co ulepiłam "topniało", czyli rozpływało się zanim wyschło. Jakimś cudem udało mi się zrobić grzybki, które miały zdobić doniczkę z choinką na tarasie.
Najpierw lepiłam oddzielnie trzonki (oblepiając zapałkę masą) i kapelusze, które suszyłam na ołówkach, a dopiero potem łączyłam obie części. Na szczęście po wyschnięciu, masa łatwo dała się malować - to jej jedyna zaleta.
Z reszty masy postanowiłam ulepić wiszące ozdoby. Rozwałkowałam ją na podstawce i foremkami do ciasteczek wycinałam kształty. I tym razem nie byłam zadowolona, chyba za cienko rozwałkowałam masę, bo po wyschnięciu ozdoby się lekko zniekształciły.
Udało mi się jednak je wykorzystać, a nawet kilka ozdobić.
Cześć trafiło na choinkę.
A część posłużyło mi jako etykietki na prezenty.
Powiem szczerze, że zniechęciłam się do zimnej porcelany. Myślę, że za cenę składników dostanę gotową masę samoutwardzalną, lepszej jakości. A Wy macie jakieś doświadczenia z tą masą? Może zrobiłam coś nie tak, i dlatego długo schła i rozlewała się zamiast zachować kształt? Dajcie znać w komentarzach.
Pozdrawiam,
Edyta








