Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drewno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drewno. Pokaż wszystkie posty
Wiejskie opowieści i metamorfoza stołka

Wiejskie opowieści i metamorfoza stołka

Miał być post o moim wyjeździe do Katowic, ale narobiłam tam tyle zdjęć, że nie umiem się zdecydować co Wam pokazać. Tak więc znów padło na wieś :)
Pomału, wciąż nieśmiało nasza wieś zmienia barwy, na razie na delikatne odcienie ni to różu ni wrzosu, zbyt subtelne by móc je nazwać.


Nawet niebo ma nieco inną barwę.


Słońce zachodzi już nie nad polem a nad lasem, więc szybciej robi się szaro.


 Nie tylko przyroda szykuje się do zimy, ludzie również.


My zbliżającą się jesień odczuliśmy siedząc na tarasie wieczorem, wciągu dnia temperatura była jeszcze wysoka, a gdy tylko słońce skryło się za lasem, przyszedł chłodek, który wygnał nas do domu, do miasta. Jednak zanim to nastąpiło spotkaliśmy swoich nowych sąsiadów. Kupili kawałek ziemi graniczący z naszą działką pół roku przed nami. Gdy my pierwszy raz przyjechaliśmy na wieś, na ich działce leżało mnóstwo ściętych drzew. Pamiętam jak zrobiło mi się wówczas przykro. Od pośrednika usłyszeliśmy, że ich działka podobnie jak nasza w 1/2 była porośnięta sosnami i czeremchą. Jednak tuż po zakupie wszystko (no prawie) wycięli.
Jak zobaczyłam sąsiadów na działce akurat coś sadzili, pomyślałam, że to świetny moment na poznanie ich. Podeszliśmy z mężem, przedstawiliśmy się i po dosłownie 5 minutach rozmowy usłyszałam: "Powinniście powycinać te drzewa, póki są tak małe, że można to zrobić!" Aż mi ciarki przeszły po plecach - wiem, że sosny urosną, wiem, że zmienią krajobraz, ale nie umiem sobie wyobrazić, że je ścinam. Po to wyprowadzam się na wieś by otaczały mnie drzewa, by budził mnie śpiew ptaków, mieszkających w ich konarach. Marzy mi się, że może jakiś mały jeżyk mnie uszczęśliwi i zamieszka pod moimi sosnami, a czeremcha zawsze, jak w tym roku, będzie rodzić takie piękne owoce i to dwa razy w sezonie, bo na działce mamy odmianę wczesną i późną.


Próbowałam wyjaśnić to sąsiadowi, ale popatrzył na mnie jak na wariatkę, więc dałam spokój. Po jakimś czasie spytałam co sadzili. Tym razem sąsiadka odpowiedziała, że jakieś owocowe krzaczki, ale zaraz potem się poskarżyła, że wszystko co do tej pory posadzili im uschło. Już w domu rozmyślałam nad tym -  właściwie to nic dziwnego, że im wszystko uschło, a nam prawie wszystko się przyjęło - moje nowe rośliny rosną w otoczeniu starych, już zastanych, które chronią je przed wiatrem i słońcem, a ich muszą rosnąć na pustyni - trudno w takich warunkach dać sobie radę, zwłaszcza, że lato w tym roku było wyjątkowo ciepłe i suche.
Na koniec opowieści o wsi pokażę Wam jakie zbiory czeremchy miałam w ten weekend. Zerwałam też pierwszą pigwę :) (figa i reszta to nie zbiory z mojego ogródka :))).


Nie zamęczam Was już moimi wiejskimi opowieściami. Żeby nie było, że nic nie robię tylko na wsi siedzę, pokażę odnowiony stołek. Wyglądał tak:


Po oczyszczeniu, lekkim szczotkowaniu,  namalowaniu wzorów i zawoskowaniu białym woskiem wygląda tak:



Miłego popołudnia i wieczoru,
 Edyta
PS. Odpoczywajcie jak mój Azarek.



Zielona mandala. Czy rysunek może przynieść szczęście?

Zielona mandala. Czy rysunek może przynieść szczęście?

Jakiś czas temu odwiedziła mnie koleżanka. Rozmowa zeszła na moje rysunki, które wiszą w salonie. Jednym z nich była czarna mandala. Widząc ją koleżanka zapytała czy narysowałam też zieloną. Oparłam, że nie. "To zrób to koniecznie" - powiedziała. A następnie dodała, że zielona mandala przynosi szczęście finansowe, pod warunkiem, że narysuje się ją samodzielnie. Dodała też, że odkąd ma swoją nigdy nie zabrakło jej pieniędzy. Nie wzięłam sobie tego do serca, bo czy rysunek może przynieść szczęście, jakiekolwiek? Samo rysowanie oczywiście mnie uszczęśliwia, szczególnie jak mi się coś uda, ale powodzenie finansowe uzależnione od konkretnego wzoru? Nie przemawiało to do mnie, a jednak w głowie wciąż miałam naszą rozmowę. W końcu od dawien dawna ludzie wierzyli, że pewne przedmioty przynoszą szczęście - zużyte podkowy, dzwoneczki, grosz w portfelu czy karpia łuska zachowana z ryby przygotowywanej na wigilię. A kolory? O symbolice barw pisano już wiele, a zieleń to w końcu kolor nadziei. Z ciekawości sprawdziłam znaczenie mandali. Obraz wpisany w okrąg pojawiał się w wielu kulturach, często oznaczał harmonię, uporządkowanie chaosu. W buddyzmie mandala jest formą medytacji. W Europie wykorzystywana jest w celach terapii antystresowej, często w formie kolorowanek.
Podsumowując całą tę wiedzę, uznałam, że nawet jeśli nie pomoże, to na pewno nie zaszkodzi mi zielona mandala. Zwłaszcza, że jej rysowanie to duża frajda.




Tak się rozpędziłam z tym malowaniem, że powstała jeszcze biała mandala, na drewnianej podstawce.



Obie stanęły na komodzie w sypialni.





Ciekawa jestem co Wy sadzicie o przedmiotach, wzorach czy roślinach przynoszących szczęście? A może znacie takie co przynoszą pecha? Oczywiście mam na myśli przedmioty, które można przynieść do domu, a nie np. czarnego kota przebiegającego drogę - w to akurat nie wierzę, koty są wspaniałe, nieważne w jakim kolorze mają futerko. :)

Pozdrawiam,
Edyta
Pierwszy post balkonowy w 2018 roku

Pierwszy post balkonowy w 2018 roku

Strasznie późno piszę w tym roku o balkonie, a przecież wiosna już na dobre się rozgościła...


.... w domu i na balkonie.
Jednak zbyt dużo czasu poświęcam działce, balkon jakiś taki jest zapomniany. Właściwie stał się przechowalnią dla roślin, które chciałabym posadzić na wsi. Rośliny te chyba nie wiedzą, że zmienią swoje miejsce i już teraz szaleją pełnią rozkwitu. Spójrzcie na jabłonkę.


I borówkę.


Borówki to nowy nabytek, kupiłam 4 krzaczki i wsadziłam w taki sposób, aby łatwo je było przesadzić do ogrodu. Tymczasem one pięknie zakwitły.


Nawet poziomki mają już pąki.


Malinka trochę zmarzła zimą, ale odbiła i już pięknie się zieleni.


 Jestem strasznie niecierpliwą osobą, chciałabym, aby te wszystkie rośliny znalazły się już w ogrodzie. Póki co posadziliśmy porzeczkę, ale myślę, że pospieszyliśmy się z tym. I teraz się o nią boję.


Tak czy siak pierwsze koty za płoty, trzymajcie za nią kciuki :) Muszę jednak przystopować do czasu pojawienia się altanki, która pomieści sprzęt ogrodniczy. Na szczęście to już niedługo, a do tego czasu musi wystarczyć mi balkon.


Dzwoneczki dostałam od przyszłej synowej :)





Wiosna oczywiście rozgościła się też w domu i w sercu. Pamiętacie jak zrobiłam wspólnie z mężem drewnianego konika TU.  Został mi po nim kawałek drewna. Jak przyszła wiosna ten kawalątek zaczął przypominać mi ptaszka, więc go pomalowałam. :)


Myślę, że z czasem i on poleci z nami na wieś. Oj jak chciałabym tam już być razem z moimi roślinami, zwierzakami i ptaszkiem :)

Pozdrawiam, 
Edyta


DIY - konik inspirowany konikiem Dala

DIY - konik inspirowany konikiem Dala

Zachwycam się ostatnio sztuka ludową, nie tylko naszą, rodzimą, ale i skandynawską. I z tego nowego zainteresowania wyszedł konik inspirowany konikiem Dala.



Początkowo miałam pomysł, aby sobie takie cudo kupić,  no może nieoryginalnego konia z Dalarna, gdyż one są trochę za drogie, ale coś z naszych rodzimych sklepików z rękodziełem. Jednak wpierw, tak z głupia frant, zapytałam męża czy by mi takiego nie wyciął. Odpowiedział, że to prościzna, więc szybko wyjęłam deskę do krojenia, którą kupiłam na tzw. zapas, za 4 zł na targu, narysowałam na niej konika i podsunęłam do wycięcia mężowi. Ależ się z dziwiłam jak mi go wyciął. Nie podejrzewałam, że ma takie zdolności ;) Żyjesz z kimś 20 lat, a ten nadal Cię zaskakuje :))
Cały proces wyglądał tak:


Oto konik po wycięciu i lekkim oszlifowaniu.


Później go pomalowałam.


Dodałam odrobinę wzorków.


I mam wymarzonego konika, który kosztował mnie około 5 zł i odrobinę pracy - mojego męża i mojej :) Muszę przyznać, że lubię z nim robić różne projekty, jesteśmy zgraną parą, która świetnie się dopełnia. :)
Jedyną kwestią sporną był ogon, a właściwie jego brak. Mąż i dzieci twierdziły, że konik powinien mieć ogon, ja uważałam, że (podobnie jak koniki Dala), nie. Ale się złamałam i dorobiłam - ogon i grzywę. Jak myślicie, która wersja ładniejsza?


Pozdrawiam,
 Edyta

PS. Dziękuję za miłe komentarze pod ostatnim postem :)

Deser z tapioki i szkatułka

Deser z tapioki i szkatułka

Właściwie nie pamiętam czy pisałam o tym, że jakiś czas temu stwierdzono u mnie chorobę Hashimoto. Od tej pory staram się nie jeść glutenu, nie dlatego, że jestem na niego uczulona, ale dlatego, że źle się po nim czuję. Przywykłam o tej diety, szczególnie, że obecnie bezglutenowe produkty są właściwie we wszystkich sklepach. Staram się też urozmaicić ją, przygotowując coraz to nowe dania. Zaczęłam prawdziwie eksperymentować w kuchni. A jednym z rezultatów tych eksperymentów był niedzielny deser - pudding z tapioki z kremem z serka mascarpone, musem z gruszki i sosem z malin.




Pudding przygotowałam według przepisu z opakowania nasion tapioki - czyli 1/3 szklanki nasion zalałam 3 szklankami kokosowego mleka i odstawiłam na 1 godzinę. Później zagotowałam i na małym ogniu gotowałam go przez 15 min. Przełożyłam do pucharków, aby ostygł. Z ubitej śmietany (150 ml), cukru pudru (1 łyżka),  serka mascarpone (ok. 200 gr.), skórki startej z połowy ekologicznej cytryny i z łyżki jej soku zrobiłam krem. Gruszkę zmiksowałam blenderem i również dodałam odrobinę soku z cytryny. Mrożone maliny podgrzałam w mikrofalówce z ksylitolem. Wszystko ułożyłam w pucharkach w takiej kolejności - pudding, mus z gruszki, krem, sos z malin. Na koniec udekorowałam mrożoną maliną i listkami mięty. Niedzielny deser okazał się hitem!




Ale nie tylko gotowaniem zajmowałam się w ten weekend. Wśród świątecznych prezentów znalazł się taki, opakowany w drewniane pudełko. Było pomalowane na szaro.



Jak wiecie u mnie panuje teraz czerń, więc pudełko musiało zmienić kolor. Nie chciałam, aby było całe czarne, w końcu już niedługo wiosna, więc niech trochę kolorów zagości w domu. Ostatecznie zdecydowałam się na taki wzór.


 Jak szafirki, które stoją obok rozkwitną, będą się pięknie komponowały z moim nowym pudełkiem.


Pozdrawiam,
Edyta
Nowy kuchenny parapet. DIY

Nowy kuchenny parapet. DIY

Jesień rozgościła się już na dobre. Ostatnio co weekend jadę na wieś i oglądam, jak zmieniają się kolory na drzewach i łąkach. To piękny widok, pod warunkiem, że siedzi się w ciepłym samochodzie i podziwia go zza okna, bo gdy tylko wyjdzie się na zewnątrz, zimne powietrze i wiatr zmieniają perspektywę. :)


Brzoza za moim kuchennym oknem też zmieniła barwy, teraz jest żółto-zielona.


Czy chciana, czy niechciana, jesień niepostrzeżenie wkracza do domu. Parapet kuchenny całkiem niechcący zmienił swoje barwy i dostosował się do pory roku. A to wszystko dlatego, że ustawiam na nim przydatne o tej porze:
  • zioła


  • owoce i warzywa




Sam parapet też się zmienił. Już jakiś czas temu. W moim mieszkaniu były bardzo wąskie parapety. Kiedyś powiększyłam ten w salonie (TU). Niedługo  po tym postanowiłam też zmienić go w kuchni. Zajęło mi to niewiele czasu i pieniędzy, bo skorzystałam z dostępnej w niemal w każdym hipermarkecie budowlanym, klejonej półki. Docięłam ją, dostosowując do wnęki okiennej.


Dwukrotnie polakierowałam i po prostu położyłam na starym parapecie. W ten sposób powiększyłam go i zmieniłam, dosłownie w pół dnia (najwięcej czasu zajęło oczekiwanie aż wyschnie lakier). Wcześniej wyglądał tak:


A teraz wygląda tak:




Jak wiecie lubię takie szybkie i niewymagające dużego nakładu pracy i czasu zmiany :) 

Pozdrawiam, 
Edyta


Copyright © Jabłoniee , Blogger